Uaaaaaaaa, jeszcze dwa rozdziały do końca! Jeśli to czytasz, to mi został już tylko jeden... Jejku, ale jestem podekscytowana, jeszcze nigdy nie kończyłam książki :P Patrząc przez pryzmat moich niedokończonych dzieł, to prawie awykonalne. Ale na tego typu refleksje przyjdzie czas później, a teraz zapraszam do czytania!
Austin spogląda mi prosto w oczy i mogę w nich wyczytać wybuchową mieszankę emocji - przerażenie, niepewność, bezradność, poczucie winy... Wszystko dzieje się tak szybko, chłopak podbiega do mnie i bierze mnie w ramiona, by złożyć na moich ustach ostatni pocałunek... Odchylam się w tył, oparta na jego dłoniach, a on pochyla się nade mną i trwamy tak w pocałunku oblani srebrzystym blaskiem księżyca.
Serce, które do tej pory waliło jak oszalałe w klatce piersiowej, zwalnia. Wszystko zwania, czas staje w miejscu. Słyszę tylko nad uchem cichy szept "nic się nie bój, jestem blisko...". Chyba rzeczywiście boję się mniej. Kto by pomyślał, że najbardziej chaotyczna i spontaniczna rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła będzie źródłem spokoju przed tym, co ma nastąpić.
Brzęk metalu jest coraz głośniejszy, miarowy śpiew śmierci... Próbuję dosłyszeć w tym wszystkim odgłos kroków, ale mój umysł jest w stanie skupić się tylko na złowieszczym brzdęk brzdęk brzdęk.
Wtulam głowę w pierś Austina. Dźwięk ustaje. Panuje cisza, a ja mam wrażenie, że grobowa atmosfera panująca w celi ulatnia się nagle bez wyraźnej przyczyny. Natasha zaczyna cicho się śmiać, Austin wydycha powietrze z ulgą.
- Co... - zaczynam, ale sama wydaję z siebie cichy okrzyk, gdy spoglądam w stronę wejścia.
W korytarzu, trzepocząc malutkimi skrzydełkami, znajduje się mały ptaszek, do złudzenia przypominający wróbla. W łapkach trzyma pęk kluczy, który ciągnie go do ziemi.
- Wiatrośpierw! - wołam.
Przed moimi oczami pojawia się obraz pola rzepaku. Dla mojego taty - symbol nadziei, dla mnie - śmierci. Czy to nie zatrważający zbieg okoliczności?
Ptaszek wydaje z siebie radosny trel, a następnie dźwięk brzmiący jak róg.
- A więc to ty...- szepcze Natasha. - W takim razie mamy mało czasu.
Zwierzątko przelatuje przez kraty i podaje Edvardowi klucz, a on największym z nich otwiera kłódkę od wewnątrz. Jesteśmy wolni.
- Gdzie teraz? - pytam, ale Wiatrośpiew zaczyna lecieć korytarzem, w kierunku przeciwnym niż pobiegli strażnicy. Idziemy za nim.
W końcu stajemy przed bardzo niskimi drzwiami z grubego drewna, zaopatrzonymi w stalowe okucia. Ptaszek wskazuje dziobem jeden z kluczy w pęku trzymanym przez czarodzieja. Mężczyzna pospiesznie otwiera zamek.
Przed nami ukazuje się tunel zdający się nie mieć końca, który unosi się delikatnie ku górze.
- Ruszamy. Szybko - mówi Edvard Bloomsberg, a nas nie trzeba zachęcać.
Cała nasza czwórka i ptak ginie w ciemnym tunelu.
Edvard szepcze coś i w powietrzu pojawia się ognista kula, która oświetla niski korytarzyk (muszę się schylać, żeby nie uderzyć głową o ziemisty strop). Kolejnym zaklęciem czarodziej sprawia, że drzwi od środka zamyka żelazna kłódka. Ruszamy przed siebie.
- Gdzie prowadzą te drzwi? - pytam, ale czarodziej wzrusza ramionami.
Ptaszek, który usiadł na moim ramieniu, zaczyna skubać płatek mojego ucha.
- Wiem, że to może nieodpowiedni czas na takie pytania - zaczyna czarodziej - ale czy to jest prawdziwa duktumaryna?
Kiwam głową ze śmiechem, a Wiatrośpiew zaczyna nucić Melodię Wiatru.
CZYTASZ
Quatron
FantasyNiejasny list, bilety na nieistniejący autobus, nieaktualna książka telefoniczna i nazwisko - to wszystko, co ciotka Dorothy zostawiła przed swoim nagłym i niewyjaśnionym wyjazdem. Rosemary wraz ze swoją nieco pokręconą sąsiadką i półgłówkiem ze...
