#3 rozdział maratonu
- Naprawdę, naprawdę dziękujemy za wszystko - mówię po raz setny do Agny, która ze wszystkich sił powstrzymuje się, by się nie rozpłakać.
- Proszę, uważajcie na siebie.
- Na pewno nie podwiesić was poza granicę miasta? Tak będzie bezpieczniej - nalega piekarz.
- Garo, poradzimy sobie. - Natasha uśmiecha się uroczo. - Jesteśmy duzi, poradzimy sobie.
Twarz małżeństwa zdradza wiele różnych, bardzo skrajnych emocji.
- Macie. - Kobieta wręcza mi bardzo, ale to bardzo ciężką sakwę. - To wszystko, co mamy.
Zaglądam do skórzanego worka. Na jego dnie poszczękuje mnóstwo złotych monet.
- Dwieście złotników.
- To za dużo! - wołam, może trochę za głośno.
- Jeden złotnik to dziesięć blaszaków - kontynuuje kobieta. - Jak na taką podróż... To nie jest dużo.
- Nie możemy tego przyjąć! - Tym razem to Austin wtrąca swoje trzy grosze. - Już i tak naraziliśmy was na spore koszty.
- Trzymajcie mnie! Koszty! To ci dopiero! - Agna wyrzuca ręce w powietrze. - Ja wam dam koszty!
- Proszę, dzieciaki. To dla waszego dobra. - Garo skalda ręce w błagalnym geście. - Nie mamy dzieci, czego bardzo żałujemy. Z pewnością gdybyśmy mieli ich trójkę wydalibyśmy na nie więcej niż dwa tysiące blaszaków. A wy... Jesteście dla nas jak dzieci. Proszę...
- Oddamy przy najbliższej sposobności. Jak najszybciej. - Biorę sakiewkę do ręki zła na siebie, ze ustąpiłam.
Z niektórymi jest tak jak z natarczywymi babciami - muszą wcisnąć banknot o jak największym nominale, żeby czuć się szczęśliwym.
Agna i Garo uśmiechają się promiennie.
- Napewno was nie podwiesić? Starczy wam prowiantu? O Boże, jeszcze kompot! Ten, ci wam tak smakował, z grawulca! Pamiętacie? - Kobieta znika w drzwiach do kuchni, by po chwili wrócić z butelką. - Wiecie ile w tym witamin? Pijcie na zdrowie.
- Dziękujemy... Boże, starczy tego. Musimy już iść, naprawdę.
Agna przytula nas po kolei entuzjastycznie, Garo nieco bardziej powściągliwie, ale równie czule.
- Musicie pójść w prawo, tak jak Rose była na spacerze... - kobieta zaczyna trajkotać, ale mąż jej przerywa.
- Kochanie, starczy. Poradzą sobie, wiedzą, gdzie iść. - Garo jest już widocznie zniecierpliwiony. - Szerokiej drogi.
- I niech wam Bóg błogosławi! Niech wam wiatry sprzyjają, a duktumaryna ma was w swojej opiece!
- Jeszcze raz dziękujemy za wszystko!
Ruszamy.
Idziemy w ciszy tą samą drogą, co ja wczoraj rano. Po może dwustu metrach marszu Natasha staje i ogląda się za siebie.
- No, to teraz wracamy do miasta.
- Słucham? - wyrywa mi się.
- Och, poważnie, Rosemary. Po pierwsze - potrzebujemy koni. Widziałaś kiedykolwiek mapę Quatronu? Do stolicy śródziemia jest ponad pół miesiąca piechotą! Znalezienie tego całego Uriasza zajmie nam cały rok. Po drugie: widziałaś, ci tutejsi ludzie noszą? Ludzkie ubrania mają nieliczni, ci bogaci, znani, modni. Reszta ubiera się w sukienki i spódnice dla kobiet i płócienne czy bawełniane koszule dla mężczyzn! Banda nastolatków nie wiadomo skąd w ziemskich ubraniach... Ściągniemy na siebie władze! I ostatnie - broń. Quatron rządzi się swoimi prawami. Musimy być uzbrojeni, jakiś sztylet, może żeby coś upolować...
CZYTASZ
Quatron
FantasyNiejasny list, bilety na nieistniejący autobus, nieaktualna książka telefoniczna i nazwisko - to wszystko, co ciotka Dorothy zostawiła przed swoim nagłym i niewyjaśnionym wyjazdem. Rosemary wraz ze swoją nieco pokręconą sąsiadką i półgłówkiem ze...
