- Wracamy? - Zapytał Sherlock.
- Tak, Rosie już się robi zmęczona.
Tym razem szliśmy inną drogą. Cały czas w ciszy jak wcześniej. Tylko Rosie co jakiś czas wolała mnie albo Holmesa.
Staliśmy przed przejściem dla pieszych czekając na zielone światło. Rosamund była już bardzo śpiąca. Przecierała oczy dłońmi.
- Już kochanie, zaraz będziemy w domku i pójdziesz spać, okej?
Na przeciwko stała kobieta. Również czekała na możliwość przejścia przez pasy. Uśmiechnęła się do mnie, więc zrobiłem to samo. Ludzie dziś byli niezwykle życzliwi.
Sekundę później poczułem rękę Sherlocka obejmującą mnie w pasie. Moje serce podskoczyło. Cholernie mnie tym zaskoczył. Pocałował mnie w policzek i uśmiechnął jakby nic się nie stało.
Gdy minęliśmy przejście w końcu odważyłem się na pytające spojrzenie.
- Doktorku, znowu patrzysz, ale nie obserwujesz.
Nie rozumiałem.
- W przeciągu tej godziny dziesięć kobiet popatrzyło na ciebie w znaczący sposób. Dwie niegroźnie, były przykładnymi żonami, jedna z ciekawości, trzy były zauroczone tobą jako tatusiem, ale pomijając resztę wyliczeń wszystkie były tak czy inaczej zainteresowane.
Nie mogłem się nie zaśmiać. Na Boga, on to liczył.
- Co ty próbujesz zasugerować? - Zapytałem zniecierpliwiony.
- Nic. Po prostu nie muszą się wszystkie tak gapić.
- Jesteś zazdrosny, bo nie patrzą na ciebie?
- John, ty kompletny idioto.
I wtedy do mnie dotarło o co mu naprawdę chodziło. I rzeczywiście, byłem kompletnym idiotą. Stałem tam totalnie zawstydzony i chyba to było widać.
Cały czas Sherlock zaskakiwał mnie swoją ludzką stroną. Wiedziałem, że detektyw-maszyna ropracowująca gangi przestępców w mgnieniu oka to tylko wersja literacka, ale nie wiedziałem, że aż tyle emocji jest w prawdziwym Sherlocku. Potrzebował tego wszystkiego, co każdy inny. Bardzo chciałem zadbać, żeby to dostał, żeby był pewien, że go kocham.
Wróciliśmy na Baker Street. Sherlock od razu założył swój beżowy szlafrok a ja uśpiłem Rosie i zrobiłem herbatę.
Sherlock zawsze pojawiał się w swoim fotelu, gdy tylko słyszał gotującą się wodę. Nasz codzienny rytuał.
Usiadłem w fotelu. Sherlock pił swoją herbatę cały czas patrząc na mnie tym swoim ostrym, błyskotliwym wzrokiem.
- O co chodzi?
- O nic. - Odpowiedział szybko.
Rozejrzałem się, ale wokół nie było niczego nadzwyczajnego.
Nadal siedział nieruchomo.
- Cóż, idę zrobić obiad. - Wstałem nie widząc sensu w dalszym dociekaniu.
Sherlock wszedł do kuchni zaraz za mną. Usiadł przy stole i popijał herbatę.
Zająłem się przygotowywaniem jedzenia nawet nie licząc na pomoc Holmesa.
- Naprawdę, powiedz o co ci chodzi. - Zacząłem zirytowany.
- O nic. - Powiedział niewzruszony.
- To czemu tak patrzysz?
- Zawsze tak patrzę.
- O, naprawdę? - Odpowiedziałem sarkastycznie.
- Tak - odparł śmiertelnie poważnie - ale ty nie zauważasz mojego wzroku. Tak samo jak tych kobiet. Wciąż nie wierzysz, że chodzi o ciebie. A mi zawsze chodzi o ciebie.
Uśmiechnąłem się nerwowo oblizując usta. Nie cierpię tego nawyku, ale nie umiem się go pozbyć.
Odwróciłem się, żeby Sherlock nie mógł zauważyć mojego wyrazu twarzy. On mówiący takie rzeczy. Mój Sherlock, na którego zawsze patrzyłem z dystansu podziwiając go, mowi takie rzeczy.
CZYTASZ
Powroty || JOHNLOCK || po 4 sezonie
Fanfiction#221bpowroty Wydarzenia po czwartym sezonie. Piszę to właściwie dla siebie, bo choć skończyłam oglądać Sherlocka już dawno, zakończenie nie daje mi spokoju. I believe in johnlock, nawet, a przede wszystkim po trudnych chwilach z ostatniego sezonu. P...
