46. - "Tylko prawda"

3.2K 174 10
                                        

Nick:

Tak ja myślałem mały nie dał za wygraną i jak na złość rozchorował się. Jeszcze wczoraj było wszystko w porządku, a dziś prawie czterdzieści stopni. Oczywiście Phoebe musiała złapać chorobę od brata, przez co mamy teraz dwa marudne dzieciaki pod jednym dachem. Moi rodzice bez problemu poradziliby sobie z nimi, a my polecilibyśmy do Włoch, jednak Sophie nigdy w życiu nie zostawi dzieci w takim stanie.

- Mam wszystko. - pokazuję reklamówkę z apteki, opierając się o framugę pokoju syna.

Riley przykryty po sam nos leży wtulony w mamę. Biedak nawet nie ma siły zjeść śniadania.

- To dobrze. - oznajmia brunetka, gładząc włosy małego. - Może chcesz pooglądać bajki? - pyta go, na co kiwa lekko głową.

Oddaję lekki dziewczynie, po czym biorę syna na ręce i znoszę go do salonu. Siadam koło niego, a ten przekłada głowę na moje kolana. Włączam mu kreskówkę, wzdychając.

- Zrobisz mi kakao? - patrzy na mnie słodko.

- Jasne. - całuję jego czoło, po czym wstaję.

Przechodzę do kuchni, gdzie Sophie zajęła się rozdzielaniem tabletek. Po jej minie mogę stwierdzić, że nie jest zachwycona tym, że zostaliśmy, ale co zrobić?

- Otwórz buzię. - daje mi witaminę C. - Jeszcze brakowałoby mi chorego faceta, wtedy chyba bym zwariowała. - śmieje się cicho, zabierając syrop. - Teraz najgorsze zadanie. - przewraca oczami.

O tak, podawanie jakiegokolwiek leku małemu nie jest takie łatwe. Zaraz wpadnie w histerię i dopiero po kilku minutach odpuści. Przynajmniej z Phoebe jest łatwiej, jednak za kilka lat będzie pewnie podobnie...

***

Całe popołudnie spędzamy na przytulaniu maluchów. Taka czynność bardziej męczy niż codzienna praca, w której aż tak czas się nie dłuży.

- Chyba będziemy musieli pojechać jednak do pani doktor. - mówię, patrząc na temperaturę, która totalnie nie spadła, a wzrasta.

- Nie! - mały od razu przytula się do mnie i nie chce puścić.

- Kochanie, poprosisz moją mamę, żeby wpadła zaopiekować się Phoebe? - pytam Sophie, a ta zgadza się.

Sam bym to zrobił, jednak totalnie nie mam pojęcia, gdzie posiałem mój telefon. Zapewne Riley schował go gdzieś za kanapą.

- Ja nie chcę! - znów zaczyna płakać, gdy próbuję go przebrać.

- Riley, błagam cię. - wzdycham, patrząc na niego. - Chcesz trafić do szpitala? - pytam, a ten oczywiście kręci głową. - No to musimy pojechać teraz do przychodni. - mówię, a ten opada plecami na swoje łóżko.

- Idź do Phoebe, ja się nim zajmę. - słyszę głos Sophie za plecami.

Spełniam jej polecenie i idę do różowego pokoju, gdzie mała siedzi w kojcu i bawi się swoimi zabawkami. Chociaż jej się poprawiło... Mam nadzieję, że małemu polepszy się do poniedziałku i bez problemu puści nas do pracy.

Po przyjściu mojej mamy wychodzimy z domu. Sophie wzięła małego na ręce, a raczej sam wpakował się w jej ramiona. Przynajmniej w czasie jazdy do centrum zasnął i nie marudził. Jestem ciekaw kiedy przejdzie mu strach przed lekarzami. Nie chciałbym, aby w wieku nastoletnim płakał przed zastrzykiem czy pójściem do dentysty...

***

Po dość ciężkiej wizycie u lekarza idziemy jeszcze do apteki po dodatkowy lek na zbicie gorączki. Mały przez cały czas płakał i uciekał w kąt, aby tylko uniknąć badania. Jednak, gdy zobaczył lizaka od razu uspokoił się. To dziecko za słodycze zrobiłoby wszystko...

Others IIOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz