Słowa Orena Gardnera odbijały się echem w mojej głowie jeszcze przez długi czas. Sprawiały, że przytłaczała mnie każda czynność. Każdy ruch, każde słowo. Zaczęłam dusić się wśród ścian posiadłości, w której mieszkał. Jakby świeże powietrze ulatniało się z każdą minutą, kiedy ja desperacko chciałam się nim zaciągnąć. Moją uwagę przykuwał każdy szelest. Najmniejszy szmer. Choć cisza wydawała się być równie uporczywa. Może nawet bardziej niepokojąca.
Odczułam pewnego rodzaju lekkość wychodząc na zewnątrz. Nie odwróciłam się ani razu. Nie spojrzałam w żadne z okien domostwa, choć odczuwałam na plecach ciężar czyjegoś palącego spojrzenia. Zupełnie jak dzień wcześniej, gdy czyjaś twarz spokojnie obserwowała mnie zza szyby z jednego z pokoi na pierwszym piętrze.
Słuchanie o tym jak bardzo jest się niechcianym nigdy nie było przyjemne. Obserwowanie przy tym ust, które te słowa uwalniały w wyraźnym wyrazie cichej satysfakcji rozbijało mnie od środka. Sprawiało, że czułam się gorzej nie tylko w tamtym konkretnym momencie, ale też i każdej następującej po nim chwili, kiedy nasza rozmowa odbijała się w mojej głowie. Siała spustoszenie, którego nie okazywałam. Otworzyła puszkę Pandory, którą przez długi okres czasu udawało mi się utrzymywać zamkniętą.
W moim życiu nigdy nie było relacji. Nie było przyjaźni, nie było miłości. Nie ze strony rówieśników. Osoba ze statusu społecznego, który reprezentowałam nigdy nie pasowała do idealnego wyobrażenia o życiu jakie mieli inni. Psułam całokształt. Zakłócałam nienaruszalną perfekcję.
Kiedy już przyzwyczaiłam się do tej myśli, pogodziłam się z nią i zaakceptowałam, pojawił się on. Nie znający mnie w żadnym stopniu, nie mający pojęcia o życiu jakie prowadzę, szczery i zgodny z zasadą, którą wyznawali wszyscy pozostali. Perfekcyjnego ideału. W pewien sposób naruszył barykadę, którą zbudowałam. Odrobinę. Ledwie zauważalnie. A jednak odczuwalnie.
Może moja sytuacja nigdy nie miała nic do rzeczy? Może to ja sama byłam problemem?
Kiedy wróciłam, dom był pusty, a mnie po raz pierwszy od dawna wcale to nie przeszkadzało. Zaszyłam się gdzieś w pościeli, mimo że na zewnątrz temperatura była wysoka. Przez długi moment leżałam, wpatrując się w sufit. Później złapałam wypożyczony tomik poezji. Pozwoliłam sobie zagubić się gdzieś pomiędzy jej wersami. Zabrać jej mnie jak najdalej od rzeczywistości, w której utkwiłam. Nie zadziałało tak jak tego oczekiwałam.
Noc również nie przyniosła ukojenia. Przewracałam się z boku na bok, wsłuchując w nocne odgłosy miasta. Przy każdej próbie zaśnięcia, znów pochłaniały mnie koszmary, a ja starałam się z nimi zawalczyć. Choć dawno tego nie robiłam. Wybudzałam się, siadając pionowo na łóżku, w dłoni ściskając pościel. Pot spływał wzdłuż mojego kręgosłupa, a ja nie pamiętałam żadnych z obrazów, które ujawniały się w otchłani mojej wyobraźni. Choć raz chciałam odpocząć od koszmarów, mając wrażenie że kolejne czekają na mnie na jawie. Czułam się dziwnie ciężko. Jakbym nosiła na klatce piersiowej głaz. Próbowałam się przekonać, że bezpodstawnie ale nie potrafiłam.
Wstąpiłam na ścieżkę, która mogła prowadzić do mojego zwolnienia. Wyrzucenia z pracy, która miała pomóc mi w byciu oparciem dla rodziny. Nie byłam pewna na ile słowa Orena Gardnera są prawdziwe. Czy mają sprawczą moc. Ale wcale nie chciałam się tego dowiadywać. Wiedziałam tylko, że praca w tamtym miejscu nie będzie tak łatwa i przyjemna jak zdawała się być na początku.
- Po prostu zagroził, że nie dostaniesz tej pracy na stałe? - Joelle układała książki na wolnym regale. Najnowsze tomy współczesnej beletrystyki, wspinającej się po liście bestsellerów pisarki. Trzymałam kilka z nich w dłoniach, podając jej każdą po kolei.
CZYTASZ
Oren
Novela JuvenilEloise Whitlaw miała zaledwie dwanaście lat, kiedy po tragicznej śmierci ojca, życie zażądało od niej bycia dorosłą. Odpowiedzialność za młodszą siostrę, obskurne mieszkanko i pogrążającą się w depresji mamą spoczęło na jej barkach. Przez pięć lat w...
