Trzydzieści dwa

305 13 0
                                        

Obiecałam Ariel, że zostawiam ją tylko na moment. Zaledwie chwilę temu wróciłyśmy do mieszkania, bo popołudnie spędziłyśmy w szpitalu. Korzystałyśmy z każdej okazji widzenia mamy. Każda godzina była cenna, ze względu na rzadkość ich występowania. 

Mama wyglądała lepiej. Odpowiadała na pytania Ariel, krótkimi zdaniami, ale nikt nie oczekiwał, że będzie miała siły, by tworzyć złożone wypowiedzi. Dalej była osłabiona. Przedawkowanie tabletek uspokajających wyniszczyło jej organizm. Jej postać stała się wychudzona. Policzka wyglądały na zapadnięte, a cera poszarzała się o kilka odcieni. 

Zamykałam co jakiś czas oczy, by nie musieć patrzeć na cień jej własnej osoby, którym się stała i wsłuchiwałam się w jej zachrypnięty głos. Wzorowałam się tylko na nim, bo brzmiał on przyjemniej. Napawał nadzieją, którą nie napawał mnie jej wynędzniały obraz. 

Lekarz prowadzący cieszył się, że jej sytuacja jest stabilna. Mówił, że wcale się nie pogarsza, ale nie był też wylewny nad faktem jej poprawy. Mówił o niej, bo była. Ale nie było w niej nic spektakularnego. Bez fajerwerków. 

Moja mama zdawała cofnąć się psychicznie o trzy, może nawet cztery lata. Nie mogłam oczekiwać, że nadrobi długie tysiąc czterysta sześćdziesiąt dni w zaledwie dwa tygodnie. Nikt nie mógł. 

Nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, bym mogła porozmawiać z nią otwarcie. Przeprosić i powtórzyć tak wiele razy jak byłoby to tylko potrzebne, że żałuję. Czułam wewnętrzną potrzebę bycia szczerym. Wyjaśnienia, bo odnosiłam wrażenie, że nasza relacja stała się niejasna. Nawet jak na relację mamy z córką, stała się skomplikowana. Nieokreślona. 

Dziś po raz pierwszy Ariel wypowiedziała się na mój temat. Wcześniej niewiele o mnie wspominała, jakbym była tematem tabu. Obawiała się, że jego poruszenie może źle wpłynąć na mamę, choć starała się tego nie okazywać. Rozumiałam to. 

- Eloise znalazła nową pracę. Ma dla mnie więcej czasu. - powiedziała nieśmiało. Kącik ust mamy uniósł się delikatnie ku górze. 

- To dobrze. - odparła wtedy. Nie zapytała o nic. Nie interesowały ją żadne szczegóły. 

Zabolało mnie to. Ukuło gdzieś w okolicy serca, ale również wymusiłam uśmiech. 

To właśnie tamta chwila, nakłoniła mnie do pójścia do państwa Gardner. Uświadomiła, że odkładanie tej rozmowy jedynie spotęguje doznanie stąpania po cienkim lodzie. Że mogę zamknąć choć jeden rozdział i należało uczynić to teraz, by mieć to za sobą. 

Ariel nie chciała bym wychodziła. Zdążyła przyzwyczaić się do mojej ciągłej obecności w domu. Kilka długich minut przekonywałam ją, że zajmie mi to nie dłużej niż godzinę. Może półtorej. Finalnie skinęła głową, jakby dawała mi przyzwolenie na wyjście i tylko grymas na jej twarzy, informował mnie o jej niechęci do pozostania samej. 

Przekraczając bramę posiadłości państwa Gardner, na moim żołądku osiadło coś ciężkiego. Zatrzymałam się w półkroku, na kamiennej drodze prowadzącej przez ogród. Zerknęłam w kierunku ławki, stojącej na uboczu tylko raz. Przyglądałam się jej na tyle długo, by odtworzyć w głowie scenę mojego pocałunku z Orenem Gardnerem od nowa. A później ruszyłam dalej, udając, że nigdy nie miało miejsca. Odcinając się od tego, bo gdybym tylko trzymała się tego wspomnienia, nie odważyłabym się zastukać do drzwi frontowych. 

Odczekałam chwilę. Zdecydowanie zbyt długą, bym nie zawahała się i nie pomyślała o ucieczce, a zarazem zbyt krótką, bym wdrążyła ten plan w życie. Przestępowałam z nogi na nogę w niecierpliwym oczekiwaniu, aż w progu pojawiła się postać Haydena. Ubrana w białą koszulę, którą nosił każdego dnia pracy. 

OrenOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz