Piętnaście

451 13 0
                                        

Tej nocy prawie nie spałam. Spacerowałam chwiejnym krokiem po uliczkach miasta, zapominając o pozostawionej samotnie w mieszkaniu Ariel. Wdychałam świeże powietrze, jakbym miała do tego okazję po raz pierwszy od bardzo dawna. Uspokajałam myśli, co jakiś czas zaciskając mocno powieki, by powstrzymać napływające pod powiekami łzy. 

Gdy wróciłam do domu pochłonęła mnie niespokojna cisza. Leżałam na łóżku nieobecny wzrok skupiając na suficie. Wsłuchiwałam się w nierównomierne bicie mojego rozszalałego od emocji serca. Próbowałam unormować oddech. 

Nie mogąc zasnąć, przekręcałam się z boku na bok co jakiś czas wstając, by podejść do okna i popatrzeć na rozciągający się za nim widok. Przysnęłam, kiedy słońce pojawiło się gdzieś za horyzontem, a jego nieśmiałe i blade promienie wkradały się do mojego pokoju. Sen trwał krótko i był nadzwyczaj wrażliwy. Każdy szmer wynurzał mnie na powierzchnię, sprawiając  że lewitowałam pomiędzy rzeczywistością a snem, którego nie potrafiłam zidentyfikować.

Dźwignęłam się na łokcie i wyprostowałam do pozycji siedzącej, będąc jeszcze bardziej zmęczoną niż w momencie powrotu do domu. Czułam piasek pod powiekami, który nadał moim oczom zaróżowiony odcień. Słońce jeszcze nie wychyliło się na dobre, kiedy zamknęłam się w łazience. Przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze, zatrzymując wzrok na ciemnych cieniach pod oczami. Moja skóra przybrała szarawy odcień, a gdzieś z tyłu głowy przebiegła mi myśl, że wyglądam zupełnie jak mama. Jakbym w tym momencie naszego życia zajęła jej miejsce. Byłam tą, która wyglądała na zbyt zmęczoną by nabrać choćby głęboki oddech. Jakbym była cieniem. 

Wzięłam zimny prysznic, który zmył ze mnie ślady zmęczenia. Z mokrymi włosami przygotowałam śniadanie dla Ariel, podjadając krajane przeze mnie owoce. Co jakiś czas upijałam łyk zaparzonej herbaty. 

Wyszłam z mieszkania wcześniej niż zamierzałam. Przy talerzu z ciepłym jeszcze naleśnikiem, który usmażyłam pozostawiłam karteczkę, informującą o moich zamiarach na dzisiejszy poranek. 

Zabrałam z regału przeczytaną książkę, wrzucając ją do torby. Wypuściłam głośno powietrze, kiedy spojrzeniem zatrzymałam się na tomie, którego nie potrafiłam przeczytać. Morał tej historii jakby spoglądał na mnie błagalnie, prosząc o drugą szansę. Sama myśl jednak o ponownym brnięciu przez literaturę współczesną, wywoływał u mnie niechęć. Z rezygnacją złapałam go w dłonie i przyciskając do piersi, opuściłam pokój. 

W kierunku biblioteki szłam machinalnie. Skręcałam w odpowiednie uliczki z przyzwyczajenia. Moje myśli błądziły kilkaset kilometrów od mojego ciała, choć nie potrafiłam nadać im kształtu. Nie wiedziałam co zaprzątało moją głowę przez całą drogę. Czułam się dziwnie pusta. Bez zeszytu z zapisanymi w nim koszmarami, byłam wybrakowana. Jakby ktoś skradł ważny element mojego życia. 

Wspinałam się już po schodach budynku, kiedy samochód zatrzymał się przy chodniku z piskiem opon. Wyrwał mnie tym z letargu, zmuszając do obejrzenia się przez ramię. Leniwie przyjrzałam się samochodowi, który zdawał się być dziwnie znajomy. Nabrałam do płuc tak głębokiego wdechu, że poczułam dziwne ukłucie w ich okolicach. Jakby żebra zbyt bardzo je ograniczały. Mój kręgosłup przeszył dreszcz, kiedy znajoma sylwetka wysiadła zza kierownicy. Okulary przeciwsłoneczne zasłaniały jego oczy, które w tym momencie rozglądały się na boki, jakby w obawie, że ktoś mógłby zobaczyć go w tym miejscu. Prychnęłam cicho pod nosem, czując narastającą wzgardę. Zmniejszył dzielącą nas odległość. 

- Co tutaj robisz? - warknęłam zniecierpliwiona. Uśmiechnął się zawadiacko. 

- Więc tak spędzasz czas, kiedy nie pracujesz? 

Zlekceważył moje pytanie, przyglądając się budynkowi biblioteki, na którego schodkach stałam. Zsunął okulary z nosa i wsunął je do kieszeni szortów. 

OrenOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz