Dwadzieścia pięć

380 11 0
                                        

Kiedy przebudziłam się następnego ranka, towarzyszyło mi dziwne doznanie lekkości. Uśmiechałam się mimowolnie, jakby życie właśnie wkraczało na odpowiednie tory i aż dziwnie było mi myśleć o tym, że czuję się tak za sprawą jednego przyzwolenia. Możliwość uszycia sukni zaprojektowanej z myślą o mnie przez Sabine Gardner stała się moim cichym marzeniem, które mogło wkroczyć w fazę realizacji. Kiedy zastanowiłam się nad tym dłużej stwierdziłam, że to pierwsza od dawna rzecz, którą chciałam zrobić tylko i wyłącznie dla siebie. Niemal potrzebowałam tego dokonać. Po pięciu latach ciągłych poszukiwań sposobów na uszczęśliwianie mamy i Ariel, przyszedł moment, w którym chciałam uszczęśliwić siebie. Nawet jeżeli to szczęście miało przybrać kształt czegoś tak błahego. 

Początkowo nie zauważyłam białej koperty, leżącej na stoliku nocnym. Mama musiała zostawić ją tutaj, wychodząc do pracy. A może z niej wracając. W obu przypadkach już spałam. Nie słyszałam gdy wchodziła do pokoju. Nie obudziło mnie skrzypnięcie zawiasów drzwi, ani skrzek podłogi, kiedy stawiała na niej kroki. 

W środku były tylko pieniądze. Nie potrzebowałam żadnej wiadomości, by wiedzieć, że mogę przeznaczyć je na suknię. Przecież wczorajszego wieczoru o tym rozmawiałyśmy. 

Szłam uliczkami miasta nieco wcześniej niż zazwyczaj. Kierunek, do którego podążałam również nie był ten sam. Nie podążałam do posiadłości państwa Gardner. Nie od razu. 

Wstąpiłam do małego zakładu krawieckiego. Dzwonki nad drzwiami zabrzęczały, kiedy tylko przekroczyłam próg, oznajmiając moje przybycie. W powietrzu unosił się duszący zapach kurzu. Wewnątrz niewiele zmieniło się od mojej ostatniej wizyty. Stosy materiałów czekających na użycie zdawały się mieć identyczny kształt i wielkość jak te, które pamiętałam. 

Z zaplecza wyszła staruszka. Stanęła za ladą i przyjrzała mi się uważnie znad szkieł okularów, które zsuwały jej się na czubek nosa. Uśmiechnęłam się, a ona zmarszczyła czoło, jakby intensywnie zastanawiając się nad tym, skąd powinna znać moją twarz. 

- Dzień dobry. - podeszłam bliżej, by lepiej mogła mi się przyjrzeć. Zadarła nieco głowę ku górze, bo przewyższałam ją wzrostem. Nie odzywałam się dopóki jej twarz nie zmieniła wyrazu, sugerując, że przypomniała sobie to czego usilnie poszukiwała w odmętach pamięci. 

- Dzień dobry. - mruknęła niepewnie. Uśmiechałam się, powstrzymując rozbawienie wywołane miną, którą przybrała. Minęła jeszcze chwila zanim uniosła brwi w geście nagłego olśnienia. Odłożyła trzymaną w dłoni koszulkę. Igłę, którą dzierżyła między palcami drugiej dłoni wbiła w poduszeczkę, która służyła jakby za bransoletę na jej chudym nadgarstku. - Oh! - mruknęła w przypływie entuzjazmu. - Strój baletowy!

Zaśmiałam się, kiwając głową z podziwem dla jej pamięci do szczegółów. Ściągnęła okulary i odłożyła je na drewniany, podrapany stół. Oparła się o jego blat i pochyliła lekko w moim kierunku. 

- Dla młodszej siostry tak? 

- Zgadza się. - ponownie skinęłam głową. 

- Jak się nosi? Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Czy materiał się nie niszczy? 

Wyprostowała się i zaczęła krążyć za ladą, przekładając ubrania posortowane na mniejsze kupki, jakby właśnie przypomniała sobie, że należy uprzątnąć nieład jaki tu panował. 

- Nie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Strój jest idealny. - odparłam. Kąciki moich ust w dalszym ciągu zadzierały się ku górze. 

- Cieszę się. Zgaduje w takim razie, że nie przyszłaś tutaj z reklamacją? - sapnęła, odkładając stos ubrań na półkę regału. Ponownie stanęła naprzeciwko mnie, opierając się o blat i mierząc mnie zaciekawionym spojrzeniem. 

OrenOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz