Justin i Melanie od dziecka byli najlepszymi przyjaciółmi. Znali siebie nawzajem lepiej, niż ktokolwiek inny, a ich przyjaźń była jedną z tych "od zawsze i na zawsze". Do momentu, gdy w jej miejsce wkroczyło uczucie o wiele silniejsze, którego nie m...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
Melanie
- Wklej tylko to, a potem damy jakieś zdjęcie - poleciłam, podnosząc do ust kubek z kawą. W pomieszczenia roznosił się jej zapach, pomieszany z wonią lakieru do drewna oraz starych książek. Panowała wszechobecna cisza, przerywana jedynie naszymi głosami i klikaniem komputerowej myszki. Siedziałyśmy tu same. Jej dom - czy może raczej powinnam powiedzieć: zamek - był na tyle ogromny, by pomieścić obszerną bibliotekę. Zawsze lubiłam tu przebywać.
Dziewczyna ze skupionym wyrazem twarzy przeciągnęła pole tekstowe do prezentacji, wymazując jedynie przypisy. W ten sposób miałyśmy zrobiony już niemal cały projekt, a zaczęłyśmy ledwo godzinę wcześniej. Przesunęła komputer w moją stronę, więc odłożyłam pusty kubek i teraz to ja zajęłam się dopracowywaniem szczegółów.
- Chyba tak może być, co sądzisz? - odezwałam się wreszcie po paru minutach. Lauren patrzyła mi przez ramię, po czym przytaknęła z aprobatą.
- No to mamy z głowy - podsumowała, dopijając własną kawę. Krzesło zaszurało po lśniących płytkach podłogi gdy wstała, biorąc stertę ciężkich książek w ramiona i zaczęła odkładać je na regały. Kliknęłam kilka razy, zapisując projekt.
- Zobaczysz, oceni nas nawet wyżej za ponadprogramowe ciekawostki - uśmiechnęła się, odwracając do mnie - Przejdziemy się teraz do stajni?
Zarzuciłam torbę na ramię i podążyłyśmy przez szklane drzwi na zewnątrz. Słońce przyjemnie świeciło, rzucając na ziemię cienie świeżych liści na drzewach. Szłyśmy powoli alejką w stronę stajni. Byłam tu już niejednokrotnie, gdy na początku dowiedziałam się, że rodzina dziewczyny posiada konie, byłam wniebowzięta i natychmiast chciałam je zobaczyć. Lauren zajmowała się jeździectwem od dziecka.
- Cześć, Lance - blondynka przywitała się ze stojącym w pierwszym boksie koniem o pięknej, srebrzystobiałej sierści. Ja pogłaskałam po pysku drobną, czarną klacz tuż obok.
- Słuchaj - zagaiła Lauren, opierając się o drewnianą bramkę. Lance zarżał, a reszta koni mu zawtórowała. - To, co chciałam z tobą obgadać, to urodziny Cass.
- O to chodzi. Zagadałam ją już na ten temat, żeby podpytać, jaką ma wizję. W końcu to jej osiemnastka i chcę się zająć tym jak najlepiej. A ty musisz mi pomóc. Bo na chłopaków nie ma co liczyć - prychnęła z rozbawieniem - Są zbyt roztrzepani. Wtajemniczymy ich później.
- Pewnie. Mów, z czym ci pomóc - zgodziłam się - Ogarniemy to razem.
- No więc - wciągnęła powietrze i nagle wyciągnęła z kieszeni jeden z tych staromodnych planerów i długopis. Uśmiechnęłam się do siebie widząc, jak poważnie do tego podchodzi.
Wyszłyśmy ze stajni, bo konie zaczęły hałasować i nie dało się rozmawiać. Spacerkiem podążyłyśmy kolejną ze ścieżek wzdłuż różanych krzewów i ławeczek. Zajrzałam jej przez ramię. Na kartce widniało już kilka zapisanych schludnym pismem dziewczyny punktów, a ona postukała w nią długopisem.
- Wyszło na to, że robi kameralne przyjęcie tylko dla rodziny. Ale pozwolili jej zrobić drugie dla znajomych. Powiedziała, że marzy o czymś w stylu balu, jak z filmów o księżniczkach. Wiesz, suknie, garnitury, takie tam. I jak dla mnie, brzmi serio świetnie. Nie mówiłam jej jeszcze, ale można to po prostu zrobić tu u nas, w sali balowej.
No właśnie. Zapomniałam wspomnieć, że rodzina Lauren była na tyle zamożna, że oprócz stajni mieli nawet salę balową. Ich posiadłość była zamieszkiwana pokolenia wstecz.
- Lauren! Zróbmy to - potrząsnęłam ją za ramiona z entuzjazmem. Już widziałam w głowie to przyjęcie - Tylko czy twoi rodzice na pewno zgodzą się na przyjęcie tylu osób?
Wzruszyła ramionami.
- Zakładając, że zrobimy to w ostatni weekend marca, czyli dokładnie dwa dni przed urodzinami Cass... - ze zgrzytem zakreśliła w planerze kolejny punkt - Wtedy będą w delegacji. Poza tym ufają mi. Przecież nie wpuszczę tu bandy niewychowanych nastolatków. To nie będzie żadna głośna impreza zakrapiana alkoholem. Będzie z klasą. Dresscode, girlandy, inne takie pierdoły. Rozumiesz - puściła mi oko - A kto nie będzie umiał się zachować, nawet nie zostanie wzięty pod uwagę.
- Wiesz, że już mnie kupiłaś - pokręciłam głową, pełna podziwu, bo w sprawach organizacyjnych radziła sobie, jak nikt inny. Lauren uśmiechnęła się skromnie - Kiedy chcesz powiedzieć o tym Cass?
- Najpierw uzgodnię z rodzicami. Wieczorem dam ci znać - zarządziła, gryząc długopis - A zaraz potem będziemy musiały jej powiedzieć, żeby zdążyć z dekoracjami i zaproszeniami. Sami musimy jeszcze kupić dla niej prezent - przypomniała, a mi nagle w głowie coś kliknęło.
- Chyba mam już pomysł, jaki - oznajmiłam, a ona spojrzała na mnie w wyczekiwaniu.
- Czy to będzie randka-niespodzianka z Justinem? - rzuciła nieoczekiwanie. Obie wybuchnęłyśmy niekontrolowanym śmiechem. Jeden z ogrodników wyprostował się, patrząc na nas zdezorientowany, gdy idąc krzywo pod ramię i zanosząc się od śmiechu niemalże przewróciłysmy się na pobliskie drzewo.
- Widzisz, kolejny niesamowity pomysł z twojej strony - otarłam oczy, biorąc wdech - Ale mój jest niemal równie dobry.