36. Utraceni przyjaciele

206 8 7
                                        

Kiedy drzwi windy stanęły przede mną otworem, żwawym krokiem weszłam do apartamentu Gabriela, przy tym całkowicie ignorując obecność jego samego. Zaciskając ze złości pięści, od razu skierowałam się w stronę schodów, aby móc na górze utonąć we własnych smutkach i żalach.

— Czy możesz przestać zachowywać się jak dziecko? — Zatrzymałam się gwałtownie na dźwięk jego podminowanego tonu.

— Chcesz, żebym tu siedziała, to będę siedziała — parsknęłam, ruszając przed siebie.

— Doskonale wiesz, o co mi chodzi — szedł za mną.

— Tak, wiem — stanąwszy u szczytów schodów, odwróciłam się w jego stronę. — Ale nie zgadam się na to, abyś mnie kontrolował, rozumiesz? Nie mam pięciu lat, żebyś musiał podejmować za mnie każdą decyzję. A co więcej, nie masz do tego najmniejszego prawa!

— Mam, jeżeli nie potrafisz podejmować dobrych wyborów — byłam przekonana o tym, że moje oczy zapłonęły niczym dwie pochodnie. Co za tupet! — Powiedziałem. Dziś nie pojedziesz do żadnego szpitala.

Dobrze, zacznijmy od początku.

Na wieść o wypadku Elliota i Samanthy spowodowanego przez któregoś z ludzi Jamesa straciłam na kilka minut przytomność. Szok, jaki mnie dopadł, był na tyle wielki, że i po ocuceniu nie do końca docierało do mnie to, co się tak właściwie dzieje. Kompletnie nie reagowałam na słowa Gabriela próbującego mi przetłumaczyć, że nic, co się wydarzyło, nie było moją winą.

Musiałam go naprawdę długo prosić, byśmy jeszcze tego samego dnia wrócili do Stanów. Nie był on co do tego przekonany, a to za sprawą faktu, że w Europie wciąż byłam bezpieczna. Istniało niewielkie ryzyko, że Jamesowi udałoby się odkryć naszą lokalizację na zupełnie innym kontynencie.

Na całe szczęście Gabriel po wielu rozmowach zrozumiał, że gdybym została tam jeszcze na kilka dni, zwariowałabym. Francja, choć urokliwa, nie byłaby w stanie wytępić z mojej głowy myśli o krzywdzie, jaka spotkała moich bliskich.

Po kilku godzinach samolot był gotowy. Oboje z Gabrielem liczyliśmy na to, że cała ta sprawa nie odbije się na moim zdrowiu, ale bardzo się co do tego pomyliliśmy. Praktycznie przez cały lot wymiotowałam ze stresu lub dostawałam nagłych ataków duszności. Nie było tu mowy o jedzeniu, piciu lub spaniu. Ciągle towarzyszące mi lęk i napięcie nie dały mi ani jednej minuty pozornego spokoju.

To dlatego właśnie się pokłóciliśmy. Ja po wylądowaniu od razu zażyczyłam sobie przyjazdu do szpitala, na co ten kategorycznie się nie zgodził. I żeby nie było, rozumiałam jego pobudki. Byłam odwodniona, zmęczona i przerażona, co nie czyniło ze mnie najlepszej kandydatki na siedzenie przy łóżku Elliota czy Samanthy. Mimo to nie mogłam poskromić tej rozkwitającej wewnątrz mnie złości.

— Chyba znowu będę wymiotować... — Przymknęłam powieki, czując kolejny ścisk żołądka.

Gabriel złagodniał, widząc, że naprawdę źle się czuję.

— Chodź, pomogę ci — zaproponował łagodnie, wyciągając do mnie rękę. Trzymając mnie blisko siebie, zaprowadził nas wolno do sypialni.

Szłam mozolnie przez bardzo silny ból. W pewnym momencie sądziłam, że nie uda mi się dojść do celu bez płaczu, ale wówczas dopadł mnie taki odruch wymiotny, że aż pociemniało mi przed oczyma. Zakrywając usta ręką, pobiegałam do łazienki, w której padłam na kolana przed muszlą klozetową. Sekundę później zwymiotowałam żółcią.

Załkałam, cała się trzęsąc. Byłam przerażona własnym stanem, tym przeklętym wypadkiem i tym, w jaką stronę pędzi moje życie. Łudziłam się... łudziłam się, że teraz wszystko stanie się prostsze.

MarionetkaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz