Hejka! Mam nadzieję, że wszyscy mieszkający na zachodzie są bezpieczni. Trzymajcie się tam!
*
Reeva
Dzieje się coś złego. Takie przynajmniej mam odczucie, gdy widzę więcej ludzi poruszających się na terenie posesji. Gdy z nudów przesiaduję na zewnątrz, obserwując okolicę, widzę albo samotnych żołnierzy bądź patrole poruszające się w parach co godzinę. Dziś patrole są częstsze, a przy bramie stoi pięciu strażników.
Nie chcę się nakręcać ani wyobrażać sobie czarne scenariusze, jednak idzie mi opornie, gdy widzę tyle obcych mi ludzi z bronią. Val gdzieś zniknęła, jej rodzeństwo także i został tylko Vincenzo. Dziwi mnie, że zamknął się w gabinecie, gdy wczoraj zostawiła mu śmierdzącą niespodziankę. Nic na ten temat nie powiedział. Dziś rano też nie poruszył tematu. Zrobił mi śniadanie i powiedział, że ma dziś sporo pracy. I to tyle. Od tamtej pory go nie widziałam.
Koń szturcha mnie łbem, bym kontynuowała głaskanie. Odrywam spojrzenie od pustki, po czym drapię zwierzę po pysku. Nastawia uszu i zdaje się, że patrzy na coś, co znajduje się za mną. Mija raptem kilka sekund, kiedy słyszę za sobą szuranie butów o kamyczki świadczące o tym, że ktoś się zbliża.
– Szef cię wzywa.
Zimny dreszcz przechodzi mi po kręgosłupie. Odwracam się bardzo powoli, bojąc się zobaczyć, kto tam stoi. Odruchowo przylegam plecami do drewnianego płotu, a kątem oka szukam ewentualnej drogi ucieczki. Facet stoi jednak na tyle daleko, że w razie kłopotów zdołałabym przedostać się na padok i liczyć na to, że ta przeszkoda spowolni faceta.
– Czeka przed domem – dodaje po chwili ciszy.
Zaciskam wargi, odczekuję jeszcze sekundę może dwie, po czym okrążam mężczyznę szerokim łukiem i przyspieszam kroku aż docieram bliżej domu. Na widok Vincenza mój strach się ulatnia, a na jego miejsce przychodzi gniew.
– Sam nie mogłeś się pofatygować, tylko wysyłasz po mnie kogoś?
Vin odwraca się ku mnie i pobieżnie lustruje wzrokiem.
– Miałem ważny telefon do wykonania. Mówiłem, że mam dziś sporo pracy.
– Więc dlaczego nie siedzisz teraz za biurkiem? Czego chcesz?
Podchodzi bliżej, a ja stawiam krok w tył. On też w końcu się zatrzymuje zaledwie trzy kroki ode mnie. O wiele mniej niż odległość dzieląca mnie i faceta, którego wysłał.
– Mieliśmy jechać do miasta – przypomina mi. – Potrzebujesz sukienki na przyjęcie, pamiętasz?
– A ja ci mówiłam, że mogę jechać sama. – Splatam ręce na piersi.
– Puściłbym cię, gdyby była tu Valerie, ale jej nie ma, więc zostaję ci ja.
Mogłabym przysiąc, że dostrzegam oznakę zadowolenia na jego twarzy. To zaledwie odrobinę uniesiony kącik ust, ale to zauważam.
– Więc nigdzie nie jadę.
– Nie buntuj się jak dziecko, tylko wsiadaj do samochodu. – Wymija mnie, a następnie otwiera drzwi od strony pasażera. – Wyrwałem się z pracy, by z tobą jechać. Doceń to.
– Nikt ci nie kazał – stwierdzam, nadal nie ruszając się z miejsca. – Wracaj do pracy, a mnie zostaw.
– Reeva... – Wtedy Vincenzo wzdycha przeciągle, wplatając w to moje imię.
– Nigdzie. Z tobą. Nie. Jadę – cedzę wyraźnie każde zdanie.
Nie wytrzymam z nim w samochodzie ani na zakupach. Już wolę zamówić coś przez internet, niż spędzić z nim popołudnie. Stoję więc w bezruchu, twardo wpatruję się w mężczyznę i nie mam zamiaru odpuścić.
– Dobra. – Vincenzo agresywnie trzaska drzwiami, aż odruchowo się wzdrygam. – Jak sobie chcesz.
Serce pochodzi mi do gardła, gdy zaczyna się zbliżać szybciej, niż jestem na to gotowa. Jednak nie próbuje mnie zmusić, nawet nie obdarza mnie spojrzeniem, tylko wymija i wraca do domu.
Wypuszczam wtedy długi wydech i mój wzrok zatrzymuje się na samochodzie. To była moja okazja, aby na trochę wyrwać się z domu i co? Zmarnowałam ją. Teraz mogę co najwyżej wrócić do domu i... Nie, nie muszę tego robić. Nie muszę być zależna od Vincenza albo jego ludzi. On sobie nawet nie zdaje sprawy, że dając mi nieograniczony dostęp do pieniędzy zapewnił mi samodzielność. I mam zamiar wykorzystać prawo jazdy zrobione głównie po to, by zapomnieć o tym miejscu. Teraz zdobywa wiedza na coś mi się przyda.
Po upewnieniu się, że nikogo nie ma w okolicy, otwieram drzwi i zaglądam do pojazdu. Kluczyków nie ma w stacyjce, jednak nie rezygnuję, tylko otwieram każdy schowek aż w moje ręce trafia poszukiwany przedmiot. Uśmiecham się do siebie i zadowolona siadam za kierownicą. Zapinam pas.
– Dobra, sprzęgło, odpalamy i jedyneczka.
Przyciskam pedał, przekręcam kluczyki i samochód wydaje z siebie drżący warkot. Załączam bieg i ruszam. Jadę główną drogą, zbliżam się do bramy i wtedy nachodzi mnie obawa. Czy mnie przepuszczą?
Zaciskam palce na kierownicy. Wymyślę coś.
Gdy dojeżdżam do końca drogi zatrzymuje mnie jeden z mężczyzn. Otwieram szybę i wymuszam na sobie uśmiech.
– Szef nie jedzie? – pyta.
– Jak widać, nie – odpowiadam.
– Nie wiem, czy mogę cię wypuścić. Muszę do niego zadzwonić.
Cholera. Kurwa. Ja pierdolę. Już i tak go wkurzyłam. Nie będzie zadowolony, gdy dowie się, że wzięłam jego samochód i chociaż wizja doprowadzenia go do szału jest satysfakcjonująca, z jakiegoś powodu wolę tego dziś nie robić.
– Serio chcesz mu zawracać głowę? Ma dużo pracy. Co z tobą zrobi, gdy dowie się, że dzwonisz do niego w tak błahej sprawie?
Wpatruje się we mnie, a ja utrzymuję kontakt wzrokowy tak długo, aż odpuszcza.
– Otwórzcie bramę – poleca i po chwili kraty przede mną się rozsuwają.
Zamykam okno, po czym wyjeżdżam z posesji i pierwszy raz od długiego czasu czuję dziwną ulgę. Nawet się uśmiecham. Szczerze, bez przymusu czy alkoholu. Zyskałam namiastkę wolności.
Nie wiem, dokąd mam jechać, więc długi czas poruszam się po mieście na oślep. Przez jedną ulicę przejeżdżam kilka razy. Natrafiam na kawiarnie. Kupuję w niej duży kubek Latte oraz dwa ciastka. Dzięki nawigacji w telefonie docieram do parku w południowym Dallas, znajduję ławkę przy jeziorze i siadam na niej. Wiatr zawiewa w moją stronę wodę z działającej fontanny, dając nieco chłodu w ten upalny dzień. Mrożona kawa też pomaga
Rozkoszuję się nią oraz słodkościami. Wokół zbierają się gołębie, liczące, że coś im rzucę. Kaczki podpływają bliżej brzegu i chyba też czekają, aż dostaną coś dobrego. Jednak muszą obejść się smakiem.
Popołudniowe słońce barwi taflę wody na pomarańczowo, cienie budynków oraz przechodzących obok ludzi falują na wodze. Unoszę wzrok na drugi brzeg, gdzie zauważam mężczyznę w ciemnych okularach. Zdaje się, że na mnie patrzy. Ręce ma splecione za plecami, jakby przybrał postawę żołnierza. Marszczę czoło, a serce mi przyspiesza. Wsłuchuję się w otaczające mnie dźwięki, delikatnie obracam głowę, szukając potencjalnego zagrożenia, jednak wokół nie ma nikogo podejrzanego. Ponownie patrzę na tamtego mężczyznę i kamień spada mi z serca, kiedy dostrzegam, że ma w dłoni laskę dla niewidomych. Stoi jeszcze przez chwilę w bezruchu. Potem podchodzi do niego kobieta, chwyta faceta pod ramię i odprowadza od jeziora.
Jestem przewrażliwiona. Choć chyba słusznie, skoro Vincenzo podwoił albo i potroił ochronę. Zrobił to z jakiegoś powodu, a ja postanowiłam wybrać się do miasta sama. Świetnie, Reeva, podajesz się wrogom na tacy.
– Smakuje ci to ciastko?
CZYTASZ
Nieczysta Gra | 18+
RomanceDrugi tom Niebezpiecznej Umowy. Złamane serce z czasem się zagoiło. Reeva zaczęła żyć życiem, które kiedyś obiecał jej Vincenzo i chociaż zapragnęła zostać u jego boku, pogodziła się z faktem, że ją odesłał. Dotrzymał umowy. Ona również. Pół roku sp...
