Rozdział 2

1.5K 107 22
                                        

Trochę was jeszcze rozpieszczę, ale nie za dużo :)



Reeva

Maxim: Przyjadę po ciebie po dwudziestej. Nie mogę się doczekać naszej randki.

Uśmiecham się, czytając wiadomość. Ja też nie mogę się doczekać spotkania, dlatego od rana jestem na nogach. Posprzątałam w mieszkaniu, bo skoro to nasza kolejna randka liczę, że będzie miała pikantny koniec, wydepilowałam chyba każdą możliwą część ciała i odświeżyłam kolor włosów. Znudził mi się brąz, dlatego poszłam w czerwień. Nie taką ostrą, bo nie zależy mi na rzucaniu się w oczy, a poza tym bordowe wyglądają o wiele naturalniej i ciekawiej. W dodatku pofalowane z pewnością skuszą Maxima.

Lubię go. Z początku nie byłam pewna, czy dobrym pomysłem jest wejść w tę relację, ale nie żałuję. Maxim jest taki... zwyczajny. W dobrym tego słowa znaczeniu. Jest informatykiem z niewielkiej firmie, mieszka tu od dziecka, więc z chęcią pokazał mi miasto. W dodatku oboje uwielbiamy włoską kuchnie.

Ani trochę nie przypomina mężczyzn, którymi otaczałam się pół roku temu. Nie należy do tych niebezpiecznych, egoistycznych dupków z bronią. Nie stosuje przemocy. Ani razu nie podniósł głosu. Jest taki spokojny, że przez pierwsze tygodnie sądziłam, że to gra. Ale poznałam go lepiej i wiem, jaki jest. Znam go.

O dziewiętnastej robię makijaż i ubieram sukienkę. Pakuję kilka rzeczy do niewielkiej torebki z metalowym łańcuszkiem i raz jeszcze sprawdzam swój wygląd. Sukienka idealnie opina moje krągłości, uwydatnia smukłe nogi, pokazuje obojczyki oraz plecy. Służy do kuszenia.

Uśmiecham się do siebie. Ten wieczór jest mój.

Maxim parkuje przy chodniku, wysiada z pojazdu, po czym uśmiecha się szeroko i otwiera mi drzwi. Mam motylki w brzuchu, kiedy patrzę mu w oczy. Mięknę przy nim.

– Ślicznie wyglądasz – komentuje tym swoim niskim głosem.

– Dziękuję.

Staję przed nim, po czym całuję go w usta. Wydaje z siebie jęk aprobaty, od którego włoski na ciele stają dęba.

– Jedziemy do restauracji czy zawracamy do ciebie?

Uśmiecham się, przesuwając palcami po jego napiętym torsie.

– Deser będzie później. Najpierw kolacja.

Odsuwam się od niego i korzystam z otwartych drzwi, aby usiąść w fotelu. Maxim zamyka je za mną i zajmuje miejsce za kierownicą. W samochodzie pachnie perfumami, których używa. Kojarzą mi się z bezpieczeństwem, troską i nowym życiem. Podarowanym z przymusu, ale moim. Nad którym mam pełną kontrolę.

Chodzę, gdzie chcę, nie mam za sobą ogona, nikt mnie nie kontroluje. Nie mówi mi, co mogę robić, a czego nie. Pełna swoboda.

Docieramy na miejsce. Maxim znowu zachowuje się jak gentleman, otwierając mi drzwi i pomaga wysiąść. Kolejka do restauracji jest spora, jednak my w niej nie stajemy. Mężczyzna prowadzi mnie przed tłum i staje przed kobietą wpuszczającą gości.

– Mamy rezerwacje na dwudziestą pierwszą – mówi. – Na nazwisko Clark – dodaje.

Kobieta przesuwa palcem po karcie, po czym uśmiecha się do nas.

– Zapraszam.

Prowadzi nas w głąb sali i pokazuje stolik. Maxim odsuwa dla mnie krzesło, czeka aż usiądę i sam robi to samo. Na naszym stoliku kelner stawia butelkę wina. Otwiera korek, ale Maxim go odsyła i osobiście uzupełnia dwa kieliszki.

– Nie ma karty? – pytam, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie dostaliśmy menu.

– Zamówiłem wcześniej – wyjaśnia. – Ostatnio rozmawialiśmy o makaronie z pesto, prawda?

Przytakuję.

– Wziąłem jeszcze Arancini, a skoro mówisz, że deser będzie później – nachyla się nieco nad stołem – może zrezygnujemy z Tiramisu? Ty jesteś o wiele słodszym deserem.

Przygryzam wargę i odruchowo zaciskam uda.

– Gdy tak mówisz zaczynam żałować, że jednak się nie zawróciliśmy.

Upijam łyk wina, rozkoszując się gardłowym śmiechem Maxima.

Później kelnerzy przynoszą nasze zamówione potrawy. Od południa niczego nie jadłam, aby mieć miejsce na to wszystko. Porcje są tak duże, że zdają się być przygotowane dla trzech osób zamiast dla jednej. Nie wiem, czy dam radę zjeść to sama.

– Coś czuję, że weźmiemy to na wynos – śmieję się z tego.

– Fakt, nie spodziewałem się tak dużych porcji. Może powtórzymy tę kolację jutro rano? – sugeruje. – Ale darujemy sobie ubrania i towarzystwo innych ludzi.

– Tylko ty i ja? – pytam szeptem. – W moim mieszkaniu? Bez ubrań?

Jego uśmiech znacząco się poszerza.

– Czytasz mi w myślach, Jenny – akcentuje moję imię.

Fałszywe rzecz jasna. Jednak patrząc na to, ile czasu minęło, powinnam przywyknąć, że ludzie, którymi się otoczyłam zwracają się do mnie w ten sposób. Jenny. Takie imię zostało mi nadane w wielkim spisku przeciwko mnie. Chciałam je zmienić, wyrzucić wszystko, co wtedy dostałam, jednak musiałabym szukać kogoś, kto załatwiłby mi lewe papiery, a to mało bezpieczne. Ktoś by się dowiedział, że próbuję się ukryć.

– Jak u twojej cioci? – zaczynam temat. – Czuje się już lepiej?

– Tak, wczoraj wyszła ze szpitala. Jesteśmy dobrej myśli.

– To dobrze. Tyle mi o niej opowiadałeś i czuję się, jakbym ją znała. – Unoszę na niego wzrok. – Może w końcu ona pozna mnie?

Nie widzę, aby spodobała mu się ta propozycja. Uśmiecha się, jednak to nie jest szeroki uśmiech ani ciepły. Jakby zmuszał się do tego.

– Postaram się zorganizować spotkanie – obiecuje.

Nie wchodzę już w tematy rodziny. Rozmawiamy o mniej istotnych sprawach, jak na przykład to, jak minął nam dzień, jak było w pracy i takie tam. Opowiadam o miłym facecie, który wpadł do kwiaciarni, w której się zatrudniłam. Pensja nie jest z tego duża, klientów też nie ma zbyt wielu, zatem łatwo się tam schować. I z okna mam idealny widok na ulicę. Obserwuję mijających nas ludzi, zwykle z nudów, ale lęk sprzed kilku miesięcy nadal gdzieś we mnie tkwi.

Jest jak zatrute drzewo. Niby je ucięłam, wyrwałam pień, ale wszystkich korzeni się nie wyzbyłam.

Czas w miłym towarzystwie leci wyjątkowo szybko i nagle na wyświetlaczu godzina dwudziesta zmienia się w dwudziestą trzecią. To już czas na drugą część wieczoru.

– Może wrócimy do mnie? – proponuję, kładąc swoją dłoń na jego. – Co ty na to?

Uśmiecha się seksownie. Mam wrażenie, że jego spojrzenie staje się mroczniejsze, jakbym obudziła w nim mroczną stronę. Ekscytacja miesza się z nutą lęku. Ciarki podążają po ramionach.

– Myślę, że to idea...

Szyby gwałtownie pękają, szkło spada na podłogę oraz stoły, a przez krzyki ludzi przebijają huki wystrzałów. Są częste, głośne, trwają nieprzerwanie. Czuję na sobie czyjś ciężar, a potem boleśnie upadam na podłogę. Zaciskam powieki i zakrywam głowę. Kulę się, słuchając trwającego wokół chaosu.

To wszystko trwa zaledwie chwilę, ale mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Strzały cichną, zupełnie jak krzyki i płacz. Otwieram oczy. Wszędzie widzę szkło, przewrócone stoły, krzesła oraz krew na podłodze. Zauważam ciała. Nie ruszają się, są martwe. Przełykam z nerwów ślinę, po czym odwracam głowę w poszukiwaniu Maxima.

I wtedy go dostrzegam. Patrzy na mnie, lecz mnie nie widzi. Po twarzy spływa mu strużka krwi, a jej źródłem jest czarna dziura w jego czole.

Puls mi przyspiesza i wszystkie kolory odchodzą z twarzy. Jednocześnie robi mi się gorąco w piersi i w głowie zapala mi się czerwona lampka, bo doskonale wiem, co to może oznaczać. Znowu jestem w niebezpieczeństwie.

Nieczysta Gra | 18+Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz