Rozdział 34

924 85 8
                                        


Reeva

Broń idealnie leży mi w dłoni. Nie jest za ciężka, choć do lekkich bym jej zaliczyła. Czuję ją jednak wyraźnie, dodaje pewności siebie oraz daje poczucie, że mam nad czymś kontrolę. Wszystkie moje cele w postaci puszek zostają przedziurawione i spadają z powalonej kłody. Zadowolona odwracam się do Vincenza.

Patrzy na mnie w skupieniu z lekkim uśmiechem z rękoma splecionymi na piersi. Mrużę oczy.

– No co?

Zabezpieczam pistolet i chowam go do podarowanej kabury.

– Teraz mam ochotę cię przelecieć – mówi wprost.

Parskam śmiechem, podchodzę do niego, po czym oplatam go w talii. Robi to samo, zaciskając palce na moich biodrach.

– Nie chcesz?

– Może później.

Staję na palcach i obdarowuję faceta czułym pocałunkiem. Pieszczota trwałaby zdecydowanie dłużej, gdyby nie czyjeś chrząknięcie. Nieopodal zauważam jednego z pracowników. Stoi wyprostowany niczym żołnierz i unika patrzenia na nas, jakby w obawie, że kiedy to zrobi, stanie mu się krzywda.

– Szefie, przepraszam, że przeszkadzam, ale przyjechał Jefferson Nikoleva.

Vincenzo się spina, choć nie można wyczytać tego z jego twarzy. Ja jednak stoję na tyle blisko, że wyczuwam każde drgnięcie mięśnia, to jak mocniej zaciska palce na moim ciele i na chwilę wstrzymuje oddech. To małe rzeczy, które tylko ja dostrzegam.

– Chodź, Reeva.

Ujmuje moją dłoń, po czym ciągnie w stronę domu. Ledwo nadążam, stawia tak duże kroki, że w jego jednym mieszczą się moje dwa, jak nie trzy.

– Zwolnij.

Spełnia moją prośbę i docieram do domu bez zdartych kolan. Choć, gdybym miała się przewrócić, Vincenzo by mi na to nie pozwolił.

Tuż przy schodach prowadzących do drzwi wejściowych stoi Val, jakby na nas czekała. Wydaje się zaniepokojona, z czujnością patrzy na samochód Jeffersona oraz stojących przy nim ludzi.

– Mam złe przeczucia – odzywa się cicho.

– Nie ty jedna – odpowiada jej Vincenzo.

Sama zaczynam się martwić. Jefferson zjawia się bez zapowiedzi, a to w tym świecie coś znaczy. Coś niekoniecznie dobrego. Vin najwyraźniej wyczuwa moją obawę i obejmuje mnie w talii, by łatwiej przyciągnąć do swojego boku. Rzuca mi czułe spojrzenie.

W holu czeka reszta rodzeństwa wraz z moim bratem, który nieco pobladł. Patrzy na każdego z osobna aż jego wzrok spotyka się z moim. Oczekuje odpowiedzi, ale mu jej nie udzielam.

– Jest w gabinecie – oznajmia Lorenzo.

– Zaczekajcie tu – mówi Vincenzo.

Jovani chce coś powiedzieć, ale kręcę głową i idę w ślady Vincenza. W gabinecie jest tylko Jefferson, odwraca się od okna i patrzy na nas takim spojrzeniem, jakby wahał się między krzykiem a rozwaleniem czegoś. Ma podbite oko, parę zadrapań na szyi i na ogół nie wygląda najlepiej.

– Jefferson. – Vincenzo wita się dość sztywnie i z widocznym dystansem.

Nie ściskają sobie dłoni. Nawet się do siebie nie zbliżają. Coś jest na rzeczy.

– Przyjechałeś bez zapowiedzi. Co się stało?

– Pytasz, co się stało? Co się stało?! – unosi ton tak nagle, że odskakuję w bok.

Nieczysta Gra | 18+Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz