Epilog

818 59 15
                                        


5 lat później

Reeva

Dotarcie do łazienki zajmuje mi więcej czasu niż zwykle. Podpieram się ściany, z westchnieniem zrzucam ubrania i odwieszam je na drzwi, by potem się po nie nie schylać. Wtedy bardziej opłacałoby mi się wziąć z garderoby coś innego, a niekoniecznie chciałabym rezygnować z możliwości chodzenia cały dzień w piżamie. Przywykłam do tej wygody.

Ciepły prysznic pozwala mi się odprężyć, jednak szybko wpadam w stan, w którym jestem gotowa zasnąć na stojąco. Oczy mi się zamykają, pomimo kilku godzin snu. To i tak za mało.

Zanim zdołam naprawdę tu zasnąć, zmniejszam temperaturę wody, aby się rozbudzić. Jest to skuteczne, choć szybko kończę się myć. Ostatnią rzeczą, jaką bym teraz chciała, jest przeziębienie.

Wzdycham, okrywając się ręcznikiem, po czym podchodzę do lustra ogarnąć bałagan na głowie. Nie tylko potargane włosy wpadają mi jako pierwsze do oczu, ale zwracam także uwagę na pomarszczoną skórę na ramionach oraz dekolcie. Na nogach też posiadam te blizny. Dzielę je wraz z Vincenzem po tamtym dniu sprzed pięciu lat.

Chciałabym powiedzieć, że niewiele pamiętam, ale to nieprawda. Pomimo tych kilku lat, czasem budzę się w nocy zlana potem, powtarzając, że wokół się pali. Vin też ma ten koszmar, choć rzadziej niż ja. Jest odporny na traumy, choć wiem, że przeżywa je na swój sposób. Ja jestem bardziej emocjonalna.

Teraz każda czynność sprawia mi trudność, w trakcie schodzenia po schodach, trzymam się balustrady i stawiam krok za krokiem tą samą nogą, by zminimalizować ryzyko upadku. Mam wrażenie, że zejście piętro niżej zajmuje mi wieki, a okazuje się, że w kuchni ani w salonie nie ma Vincenza. Idę po kolejnych schodach, potem kieruję do gabinetu, ale w nim też jest pusto. Snuję się po domu, zaglądam do każdego pomieszczenia aż zachodzę na kryty basen.

– Tu mam swoje zguby.

Uśmiecham się na widok męża trzymającego na rękach naszego syna. Jest taki malutki, ubranka są na niego jeszcze za duże, ale wygląda tak uroczo, że ten widok mnie rozczula.

– Dobrze się czujesz? Powinnaś jeszcze odpoczywać.

– Nie chcę już leżeć. Mam dość.

Vin śmieje się krótko. Potem pochyla i składa mi na czole pocałunek.

– Zostajesz dziś w domu, czy gdzieś jedziesz?

Po jego minie wnioskuję, że niestety nas dziś zostawi. W końcu musi wyjść z domu i zająć się pracą w terenie. Jest ze mną o dwóch tygodni, był wielkim wsparciem w trakcie całej ciąży, szczególnie przed porodem i w trakcie, a teraz robi tak dużo, że nie chcę, by gdzieś jechał. Potrzebuję go tu.

– Nie będzie mnie kilka godzin. Valerie z wami zostanie.

Parskam śmiechem.

– To będzie dla niej jak tortury.

– Uwielbia bratanka.

– Gdy śpi – zauważam. – Nie ma ręki do dzieci, nie ważne, w jakim są wieku.

– Da sobie radę. Przeniosę wszystko do saloniku, chodź.

Odbieram od niego syna i pozwalam się zaprowadzić na piętro. W saloniku z bilardem Vincenzo stawia przenośne łóżeczko, przynosi wszystko do przewijania i kilka ciuszków na zmianę.

– Gdyby było ci chłodno, Val rozpali w kominku albo przyniesie ogrzewacz.

Składa na moich wargach pocałunek, a naszego syna gładzi po króciutkich włosach.

– Do zobaczenia.

Odprowadzam go wzrokiem, po czym rzucam okiem na kominek. Długo nam zajęło rozpalenie w nim od tamtego dnia. Trzask ognia, jego zapach i ciepło przypominało koszmar, jaki oboje przeszliśmy. Cudem przeżyliśmy. Belka wylądowała tuż obok, pamiętam towarzyszący temu odgłos, później nadeszła pomoc. Do budynku wpadli ludzie Nikolevy, wyprowadzili nas, czego nie do końca pamiętam, ocknęłam się, kiedy usłyszałam głos brata.

To Jovani zabrał mnie do szpitala. Vin dołączył do mnie nieco później. I oto jesteśmy, żywi, z bliznami, walcząc z traumą oraz lękami, ale wrogowie już nam nie zagrażają. Przynajmniej tamci, bo tych, którzy nam źle życzą zawsze znajdzie się wielu.

Bałam się sprowadzić na świat naszego syna, ale niczego nie żałuję. Wieść o ciąży wszystkich ucieszyła, każdy starał się poprawić pozycję rodziny i zapewnić nam bezpieczeństwo, a teraz, ilekroć rodzeństwo wchodzi do domu, na ich twarzach gości uśmiech. Nawet ponury Corrado uniósł kąciki ust na widok małego Nereo. Trudno tego nie robić. Jest śliczny, choć może tylko ja tak twierdzę jako świeżo upieczona mama. Chyba każda jest zdania, że ma najpiękniejszego noworodka.

Moje życie w końcu jest na odpowiednim torze. Mam rodzinę, syna, kochającego męża i brata, który jest zawsze pod ręką. Zrezygnował z policji, ale nie chciał zostać żołnierzem, więc stoi na czele jednej z firm. Dobrze mu w tej roli, przyjeżdża niemal codziennie, choć chyba nie zawsze do mnie. Mam pewne podejrzenia, że jego i Val coś łączy. Oczywiście nikt się do tego nie przyznaje, Valerie czasem walnie jakimś seksualnym tekstem, Jovani się oburzy i to tyle, ale mam czujne oko. Widzę to, co ludzie chcą przede mną ukryć. I mam nadzieję, że ta ich zabawa nie skończy się czyimś złamanym sercem.

Płacz Nereo w jednej chwili wypełnia pomieszczenie. Nie muszę się zastanawiać, dlaczego płacze, bo to pora karmienia. Przykładam go do piersi i uśmiecham. Zrobię wszystko, by był bezpieczny i szczęśliwy, a każdy, kto spróbuje go skrzywdzić, skończy kilka metrów pod ziemią, całkowicie zapomniany.

KONIEC TOMU 2


No i mamy koniec tomu 2. Dziękuję, że byliście cierpliwi, dzięki temu nie straciłam całkowicie chęci na tę historię i pociągnęłam ją do końca. Co prawda nieco szybciej, ale zawarłam to, co chciałam zawrzeć.

Na koniec będę wdzięczna za wasze odczucia i wypełnienie ankiety, która jest poniżej.

Trzymajcie się i do zobaczenia w kolejnej historii!

Nieczysta Gra | 18+Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz