Walki na arenach nie miały miejsca codziennie, choć piekielnie trudno było im tutaj śledzić upływ czasu. Jera i Lavender mieli jednak trochę prościej niż Miło oraz Rhys, bowiem do ich więzienia docierało trochę światła przez wąskie prześwity w wysokich skałach sklepienia. Poza tym, uważnie obserwowali Sulotów. Dozorca niewolników odwiedzał ich tylko wtedy, kiedy miał im coś ważnego do przekazania bądź w dniu pojedynków. Jedzenie oraz wodę dostawali raz dziennie, od tej samej osoby. Ich drzwi nie pilnował żaden strażnik, ale zawsze były zamknięte na klucz. Tyle udało im się ustalić... Ale nie mieli żadnej wieści o Milo bądź Rhysie. Wiedzieli jednak, że nie zginęli na arenie, podobnie jak gepard, ponieważ obsługiwali widownię w czasie każdej walki. Zbierali więc siły i czekali na odpowiedni moment, na jakąś informację, która jakkolwiek mogłaby pomóc im uwolnić się z tego przeklętego miejsca.
– Lavender... Myślałem o czymś – oznajmił cicho Jera, kiedy wciskali w siebie czerstwe pieczywo z ich dzisiejszego przydziału. Rozmawiali po deryńsku, bowiem obaj byli pewni, że nikt nie znał tutaj tego języka.
– O czym?
– Ta walka, gdzie widziałem mojego Milo... – zaczął, bardzo powoli, jakby nie był pewien swoich słów. – Coś mi nie pasowało. Tamten, który zginął, wydawał się wielki i silny. Mógł z łatwością wygrać – zauważył. – Ale przegrał. Tłum był bardzo niezadowolony, dlatego wpuścili Milo.
– Wyglądał tak, jakby był odurzony – stwierdził Lavender. – Ten, który przegrał.
– Właśnie – zgodził się z nim Jera, energicznie kiwając głową. Dokładnie o to mu chodziło. – Widziałem, jak Nahib przyjmuje zakłady. To pozwala mi sądzić, że walki są ustawione.
– To mamy ustalone – przypomniał mu rudowłosy, jeszcze bardziej marszcząc brwi. – Jak nam ma to pomóc? – Zapytał, już trochę się irytując.
Jera pozostał jednak niewzruszony jego zachowaniem, do którego już zdołał się przyzwyczaić.
– Zapytaj Farah, czy wie coś na ten temat – poprosił, zanim wcisnął sobie kawałek chleba do ust.
– Nie jestem twoim chłopcem na posyłki, mały – mruknął bard, podnosząc się, ale w jego głosie nie było złości. Posłał mu ostatnie spojrzenie, po czym poszedł porozmawiać z Farah.
Kobieta zjadła już jakiś czas temu i teraz siedziała na swoim posłaniu, czesząc palcami swoje długie, czarne włosy.
– Powinienem być delikatniejszy, ale... co wiesz na temat ustawionych walk? – Zapytał cicho Lavender. Tak cicho, by tylko ona go usłyszała.
Podniosła na niego wzrok, lecz kiedy usłyszała pytanie, zacisnęła wargi w wąską linię i spojrzała w kierunku drzwi.
– Nie powinniśmy o tym rozmawiać – wyszeptała.
– Oczywiście, że powinniśmy – odparł od razu, klękając obok niej, na jej posłaniu.
Kobieta przez chwilę wpatrywała się w drzwi i nasłuchiwała, a gdy miała pewność, że nikt się za nimi nie kręcił, spojrzała na Lavender.
– Nahib wybiera niewolników do walki. To oczywiste, że są ustawione według niego.
– Dlaczego? – Podłapał od razu, jeszcze bardziej pochylając się w jej stronę.
– Walki to tutaj jedyna rozrywka – wyjaśniła. – Niektórzy mają swoich ulubieńców. Nahib zbiera zakłady, czasem daje im wygrywać, czasem nie, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Kiedy może wygrać dużo pieniędzy, ustawia wynik walki.
CZYTASZ
Zapach malin [bxb]
RomanceKwitnące królestwo Derynii nie ma sobie równych na Wspólnym Kontynencie. Po wieloletnich wojnach z Pars, nad oboma państwami nareszcie rozciąga się widmo pokoju. W deryńskim pałacu nic nie jest jednak takie, jak się wydaje. Nadchodzi czas, w którym...
![Zapach malin [bxb]](https://img.wattpad.com/cover/358888733-64-k428914.jpg)