To była pierwsza taka noc od dawna, kiedy wszyscy spali absolutnie spokojnie, ogrzewani ciepłem płomieni ogniska. O poranku, bez większego pośpiechu, podzielili się ostatnimi kawałkami mięsa, wydzielając część również dla kociego Milo. Resztki rzucili psu, który, jak się okazało, spędził w pobliżu ich obozowiska całą noc... A kiedy spakowali się i wyruszyli, podążył za nimi, choć w bezpiecznej odległości, daleko z tyłu.
Krajobraz znów zmieniał się na ich oczach, nabierając kolorów. Nkosi z niemal dziecięcą radością witał znajome widoki, opowiadając im o swojej wiosce. Trawa stawała się coraz dłuższa i bardziej zielona, a w zasięgu ich wzroku pojawiało się również coraz więcej zwierząt, jakich Jeran jeszcze nigdy nie widział... I o jakich nawet mu się nie śniło.
– Milo, patrz! – Zawołał, kiedy ich oczom ukazało się niewielkie stado zrywających liście z drzew żyraf.
– Przepiękne – przyznał z zachwytem brunet, wpatrując się w te wysokie zwierzęta. Callisto trzymała się blisko Cadogana, dzięki czemu Jera i Milo mogli pozostać możliwie jak najbliżej siebie, podróżując przy tym na dwóch różnych wierzchowcach.
Ich zachwytu nie podzielał jednak Lavender, który przez całą drogę obserwował Rhysa i jednocześnie martwił się o niego coraz bardziej.
– Jak daleko do twojej wioski, Nkosi? – Zapytał chłopaka, z wyraźnie słyszalnym napięciem w głosie.
– Musieć przejść przez wielka rzeka – odpowiedział czarnoskóry, pokazując palcem przestrzeń gdzieś przed nimi. Niewiele jednak mówiło to rudowłosemu.
– Daj spokój. Daję radę – skłamał Rhys. Lavender jednak już od kilku godzin widział, że mężczyzna ledwo się trzymał. Był jakby bledszy, a do tego bardzo ciężko oddychał. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku.
Zbliżył swojego wierzchowca do tego, na którym podróżował Rhys, aby posłać mężczyźnie wręcz groźne spojrzenie.
– Możemy zrobić postój? – Zapytał Jerę oraz Milo, tylko krótko spoglądając w ich kierunku.
– Oczywiście – odparł natychmiast książę. – Możemy nawet zostać tutaj na noc – dodał, ponieważ robiło się już coraz później.
– Myślę, że to dobry pomysł – dodał Milo, który jako pierwszy zszedł z końskiego grzbietu. Od razu ruszył do Rhysa, aby pomóc mu zejść na ziemię.
Kapitan zsunął się ze swojego wierzchowca i gdy wydawało się, że udało mu się bez problemu stanąć na nogi, kolana dosłownie się pod nim ugięły. Milo zdołał uchronić go od gwałtownego upadku, ale ostatecznie obaj znaleźli się w wysokiej trawie.
– Wybacz, przyjacielu – stęknął Rhys, dysząc ciężko. Był blady jak papier, a jego czoło lśniło od potu.
– Nic się nie stało – zapewnił go czarnowłosy, pomagając mu odpowiednio się położyć. Zerknął w kierunku jego brzucha... Wydawało mu się, że ciemne plamy na jego ubraniu, które widział, były świeże. – Rhys... Jest źle, prawda? – Zapytał szeptem, ocierając pot z jego mokrego czoła.
– Nie mów mu tego – poprosił kapitan, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Bardzo szybko znalazł się przy nich Jera, który przyniósł zwinięte ubranie, aby położyć je pod głową mężczyzny, a także bukłak z wodą. Milo pomógł Rhysowi się napić, zanim oddał bukłak księciu.
– On powinien wiedzieć – wyszeptał do Rhysa.
– Nie chcę, żeby się martwił – wydusił Rhyssein, zanim Lavender zdążył do nich dotrzeć.
– O czym rozmawiacie? – Zapytał podejrzliwie, siadając obok Deryńczyka po drugiej stronie.
– O tym, czy zdołamy zdobyć tu coś do jedzenia – skłamał gładko Jera, klęcząc gdzieś obok. Podniósł wzrok i rozejrzał się.
CZYTASZ
Zapach malin [bxb]
RomantizmKwitnące królestwo Derynii nie ma sobie równych na Wspólnym Kontynencie. Po wieloletnich wojnach z Pars, nad oboma państwami nareszcie rozciąga się widmo pokoju. W deryńskim pałacu nic nie jest jednak takie, jak się wydaje. Nadchodzi czas, w którym...
![Zapach malin [bxb]](https://img.wattpad.com/cover/358888733-64-k428914.jpg)