Nie mogli poruszać się szybciej niż stępem ze względu na Rhysa, którego bez przerwy asekurował Lavender. Słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, kiedy dostrzegli w oddali dym, a Nkosi z nieukrywaną radością ruszył galopem do przodu, do swojej wioski. Zostawił ich w tyle, aby przygotować swoich pobratymców na przybycie nieoczekiwanych gości.
Nie rozmawiali. Nie odezwali się do siebie nawet słowem, a każdy z nich borykał się z własnymi wyrzutami sumienia.
– Myślisz, że będziemy bezpieczni w tej wiosce? – Zapytał Lavender, przerywając to milczenie.
Milo podniósł na niego zmęczony wzrok, nie będąc w stanie cieszyć się z tego, że już niemal dotarli na miejsce.
– Zaufaliśmy Nkosiemu – odparł. – Tylko to nam pozostało, Lavender.
– To jedyna szansa dla Rhysa – przypomniał im Jera, zanim przyspieszył Cadogana.
Wioska ogrodzona była czymś na wzór płota z drewna, wzmocnionego gliną, a na dodatek z zewnątrz zabezpieczonego przed dzikimi zwierzętami kolczastą akacją. Otwartego wejścia strzegli dwaj uzbrojeni we włócznie mężczyźni, którzy przepuścili ich jednak bez słowa. Mogli więc wjechać konno do środka, zatrzymując się dość szybko przed tłumem zgromadzonych w jednym miejscu tubylców.
Nie wyglądali na ani trochę szczęśliwych. Z niepewnością przyglądali się im, podczas gdy Nkosi rozmawiał z jakąś starszą kobietą, którą częściowo trzymał w swoich objęciach... I słysząc stukot końskich kopyt, w końcu obrócił się w ich stronę, ze śmiertelną powagą na twarzy.
Miło zatrzymał Callisto najdalej ze wszystkich, tak jakby w ten sposób chciał odgrodzić tubylców od Jery i Lavender. Nie miał powodów, by sądzić, że mogliby zechcieć ich skrzywdzić... Ale ostrożności nigdy za wiele.
– O co chodzi, Nkosi? – Zapytał, prostując się i patrząc prosto na chłopaka.
Nkosi powoli odsunął się od swoich, aby zwrócić się w ich kierunku. Ostatnie promienie słońca padły na jego ciemną twarz, rozświetlając rozmazane na policzkach łzy.
– Duchy zabrać ojciec Nkosi na druga strona.
Postawa Milo momentalnie się zmieniła. Natychmiast zeskoczył z końskiego grzbietu, podchodząc do przyjaciela. Położył na jego nagim ramieniu dłoń w pełnym współczucia geście.
– Bardzo mi przykro – powiedział, absolutnie szczerze. – Ale czy to znaczy...
Jera w międzyczasie również zsunął się z grzbietu Cadogana, zbliżając się do Milo. Wsunął dłoń pod jego ramię, lekko się go chwytając, a Nkosi pokiwał głową.
– Nkosi być syn wodza – przypomniał im. – Wódz już nie ma. Wioska go potrzebować.
– Więc teraz to ty jesteś wodzem – dokończył Milo, zanim lekko pochylił przed nim głowę w geście pełnym szacunku.
Jeran powtórzył ten gest, a widząc to, ludzie z plemienia Nkosiego uczynili to samo. Jeden z wojowników podniósł swoją włócznię, wykrzykując:
– Nkosenye!
– Nkosenye! – Zawtórowali mu inni, unosząc swoje włócznie.
Kobieta, którą wcześniej obejmował Nkosi, wzięła go za ręce, ciągnąc w głąb wioski, a inne zaczęły śpiewać i tańczyć. Chwila żałoby przemieniła się w radość, ponieważ żywy wrócił jedyny syn wodza – zaginiony Nkosi.
Milo i Jera w innych okolicznościach zapewne daliby się porwać tej radości, ale... nie mogli. Zbliżył się do nich Lavender, który obdarzył ich zbolałym spojrzeniem.
CZYTASZ
Zapach malin [bxb]
RomansaKwitnące królestwo Derynii nie ma sobie równych na Wspólnym Kontynencie. Po wieloletnich wojnach z Pars, nad oboma państwami nareszcie rozciąga się widmo pokoju. W deryńskim pałacu nic nie jest jednak takie, jak się wydaje. Nadchodzi czas, w którym...
![Zapach malin [bxb]](https://img.wattpad.com/cover/358888733-64-k428914.jpg)