18

327 16 8
                                        

Pov Tony:

Byłem w jebanej szkole, czy miałem jakiekolwiek chęci? Nie, Vince kazał mi iść do tej zasranej budy, bo przez nauka jest ważna, gówno prawda, biologi nauczę się przez imprezy, matmy na liczeniu ile muszę wydać na alkohol a Polskiego? Na chuj mi polski? Ważne że jakkolwiek kontaktuję gdy jestem pijany.

Na szczęście Thomas nic nie powiedział Vincetowi odnoście widoku mnie i Ashera w jednym łóżku, chociaż jakby wiedział to już dawno bym miał rozmowę na ten temat, a słuchanie że niby wciąż będą mnie kochać co jest chujowym kłamstwem było by bez wartościowe, traciłbym czas na tym.

Siedzę na murku przed szkołą i rozmawiam z lizz, gadała mi o nowo poznanym chłopaku, który jej się spodobał, jednak dla mnie było to wkurwiające, cały czas gadała o jakimś blondynie, lecz nawet nie wspomniała jak ma na imię, jedynie poinformowała mnie, że wieść o tym kim jest mnie wkurzy, ale chyba nie była świadoma, że jestem wkurwiony od kilku dni już.

– Asher ma niedługo urodziny, wiesz? – powiedziała nagle, jakby to była jakaś wielka tajemnica.

Spojrzałem na nią kątem oka, starając się nie zdradzić, że ta informacja mnie zabolała.

– Wiem – rzuciłem obojętnie, choć wewnątrz poczułem ukłucie. Nie powiedział mi. Nie zaprosił mnie. Lizzie zaprosiła mnie siostrą Ashera, ale nie on.

– Będziesz, prawda? – Lizzie spojrzała na mnie, przechylając głowę.

– Zobaczę – odpowiedziałem, unikając jej wzroku.

Zapanowała między nami chwila ciszy, ale to nie była ta komfortowa cisza, jaką czasem dzieliłem z Lizzie. Ta była ciężka. Męcząca.

– Dlaczego Ashera nie ma dziś w szkole? – zapytałem nagle, przerywając tę niezręczność.

Lizzie wzruszyła ramionami – Mówił, że źle się czuje –

Źle się czuje. Jasne. Miałem jednak inne podejrzenia. Znałem to uczucie zbyt dobrze. Kiedy coś w środku cię zżera, aż nie możesz wstać z łóżka, bo cały świat wydaje się zbyt głośny, zbyt jasny. Przypomniałem sobie Victora, jego zimny dotyk i spojrzenie, które sprawiało, że czułem się brudny. Nie, nie chciałem tego przypominać. Ale te myśli same wracały, a teraz... teraz pojawiły się w kontekście Ashera.

– Pewnie coś mu jest – rzuciłem, starając się brzmieć neutralnie.

Lizzie spojrzała na mnie dziwnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Wstała po chwili, rzucając coś o lekcji, na którą i tak się spóźni.

Zostałem sam. Przynajmniej na moment, bo nagle obok mnie pojawił się Shane.

– Dawno nie gadaliśmy, co? – zaczął, jakbyśmy byli najlepszymi kumplami.

Spojrzałem na niego, próbując wyczytać coś z jego twarzy. Shane był moim bliźniakiem, ale ostatnio czułem, że bardziej przypomina mi obcego.

– Może – mruknąłem, nie chcąc wchodzić w ten temat.

– Musimy gdzieś wyjść. Tak po prostu. Jak dawniej. – Uśmiechnął się, a ja poczułem, jak coś we mnie mięknie.

Zawsze był przy mnie. Zawsze mnie rozumiał, ale teraz... teraz dzieliła nas jakaś przepaść, której nie wiedziałem, jak pokonać.

– Może – powtórzyłem, tym razem z nieco większym przekonaniem. Shane się rozpromienił, jakbym właśnie zgodził się na wspólne wakacje.

– Super. Zobaczymy się po szkole? – zapytał, zanim oddalił się do swoich znajomych.

Westchnąłem, przecierając twarz dłonią. To był jeden z tych dni, kiedy miałem wrażenie, że próbuję zadowolić wszystkich, a w tym wszystkim zapominam o sobie.

Na chemii ledwo mogłem się skupić. Myśli o Asherze nie dawały mi spokoju. Może to nic. Może faktycznie źle się czuł. Ale coś mi mówiło, że to coś więcej. I że to ma związek z Victorem.

Musiałem się upewnić. Wiedziałem, że po szkole muszę pojechać do Ashera, choćby po to, by zobaczyć, jak się trzyma. Ale co z Shanem? Obiecałem mu, że coś razem zrobimy.

Patrzyłem na tablicę, udając, że notuję, ale w głowie układałem plan. Może uda mi się jakoś wszystko pogodzić. Muszę, innej opcji nie ma. Bo jeśli Asher naprawdę cierpiał, musiałem to wiedzieć. I być przy nim.

...

Siedząc na motorze, przez chwilę zastanawiałem się, czy robię dobrze. Kluczyki w dłoni wydawały się cięższe niż zwykle. Shane stał kilka kroków dalej, wyraźnie rozczarowany. Nie musiał nic mówić – widziałem to w jego oczach. Wiedziałem, że czekał na ten "braterski czas", ale teraz... teraz nie mogłem myśleć o nim.

Odpaliłem silnik. Ryk motoru wypełnił parking, a Shane uniósł rękę, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę szkoły. Widziałem, jak wsuwa ręce do kieszeni kurtki, jego ramiona lekko opadły.

Zignorowałem poczucie winy, które zaczęło we mnie kiełkować, i skręciłem w stronę wyjazdu.

Lizzie wspomniała rano, że wybiera się gdzieś z tym swoim nowym chłopakiem, tym "idealnym gościem z mięśniami". Wydawało mi się to podejrzane, bo nie chciała nawet powiedzieć, jak ma na imię. Powiedziała tylko, że jest „zajebisty” i że Asher już go poznał. Nie wiem dlaczego, ale ta informacja sprawiła, że zrobiło mi się gorzko w ustach.

Droga do domu Rogersów nie była długa. Jechałem szybko, zbyt szybko, jakby prędkość mogła wyciszyć chaos w mojej głowie. Kiedy zaparkowałem przed ich domem, silnik motoru zgasł, a wokół zapanowała cisza. Spojrzałem na fasadę budynku. Wszystko wyglądało normalnie. Może nawet zbyt normalnie.

Drzwi były lekko uchylone. Od razu coś mnie zaniepokoiło.

Zszedłem z motoru i ruszyłem w ich stronę. Kiedy pchnąłem je i wszedłem do środka, poczułem dziwne napięcie w powietrzu. Było cicho, zbyt cicho.

– Asher? – zawołałem, ale odpowiedziała mi tylko pustka.

Wiedziałem, gdzie jest jego pokój. Wszedłem po schodach, każdy krok odbijał się echem w mojej głowie. Coś było nie tak, wiedziałem to.

Drzwi do jego pokoju były uchylone. Kiedy je otworzyłem, od razu go zobaczyłem. Siedział skulony na podłodze przy oknie, ręce miał oparte na kolanach, a głowę schowaną między nimi.

– Asher... – wyszeptałem, czując, jak serce wali mi w piersi.

Podszedłem do niego szybko, prawie rzucając się na kolana obok. Nie podniósł głowy, nawet kiedy dotknąłem jego ramienia. Był cichy, nieruchomy.

– Hej... – powiedziałem łagodnie, obejmując go ramionami. Przytuliłem go mocno, czując, jak jego ciało drży.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czy cokolwiek mogło pomóc? Czułem tylko, że muszę być blisko, muszę dać mu coś, czego sam nigdy nie dostałem, kiedy czułem się podobnie. Bezpieczeństwo.

– Jestem tutaj – wyszeptałem. – Nic ci nie będzie, już nie –

Jego ramiona lekko się rozluźniły, ale nadal nie mówił nic. Poczułem, jak zaciąga się powietrzem, jakby próbował powstrzymać płacz.

Trzymałem go, jakby ode mnie zależało, czy się rozpadnie. Może właśnie tak było.

~~~~~~~

WRESZCIE rozdział po PARENASTU dniach






Tony Monet / Życie 🚬Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz