30

270 15 2
                                        

Pov Tony: 

Ostatnie dni były koszmarne. Choroba rozłożyła mnie na łopatki, jakbym znów miał pięć lat i potrzebował mamy, która poda mi ciepły rosół. Oczywiście, nikogo takiego nie było w pobliżu, a ja musiałem sam walczyć z gorączką, dreszczami i bolącą głową. Najgorsze było to, że większość czasu spędziłem sam, jedynie z myślami i swoimi dziwnymi snami.

Znowu śnił mi się most. Ten cholerny most, który nawiedzał mnie odkąd pamiętam. Ciemny, spróchniały, wiszący nad rzeką tak głęboką i mroczną, że bałem się spojrzeć w dół. W snach zawsze stałem na środku tego mostu, a deski pod moimi stopami wydawały się zaraz pęknąć. Czułem, że jeśli zrobię krok naprzód, wszystko runie – most, ja, wszystko. Tym razem było podobnie. Zbudziłem się z uczuciem, jakby serce miało mi wyskoczyć z piersi. Niby nic nowego, ale z takim snem trudno zacząć dzień pełen optymizmu. 

Powoli wstałem z łóżka, przeciągając się leniwie. Gorączka już odpuściła, ale czułem się jak wyprany z energii. Może to dlatego, że ostatnie dni spędziłem w łóżku, gapiąc się w sufit i rozmyślając. Między innymi o Asherze. Jasne, nie byliśmy razem, nigdy nawet nie rozmawialiśmy o czymś więcej niż przyjaźń, ale coś mnie do niego ciągnęło. Nie wiedziałem, co to dokładnie było – może ta jego mieszanka uporu i delikatności? Może to, jak patrzył na świat, z jednoczesnym cynizmem i nadzieją? 

Wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na takie myśli. Asher był… no cóż, Asherem. Jednocześnie nie mogłem przestać o nim myśleć, zwłaszcza teraz, kiedy praktycznie go nie widywałem. Lizzie pisała mi ostatnio o jego urodzinach. Podobno jestem zaproszony, ale nie usłyszałem tego od niego samego. To mnie bolało. Napisałem więc do niego wiadomość, bo wolałem wiedzieć na pewno, zamiast siedzieć w niepewności. 

Idiota:
Hej, wiem, że nie rozmawialiśmy dawno, ale chciałem zapytać, czy jestem zaproszony na Twoje urodziny. Lizzie mówiła, że mogę przyjść, ale wolałbym usłyszeć to od Ciebie. 

Nie miałem pojęcia, czy mi odpisze. Westchnąłem, podnosząc się z łóżka. Musiałem coś zjeść, bo mój żołądek burczał jak stary silnik. Wsunąłem na siebie bluzę i wyszedłem z pokoju. Korytarz był cichy, a dom wydawał się jakby uśpiony. Powoli ruszyłem w stronę schodów, gdy nagle usłyszałem głos Thomasa. 

– Ja pierdolę, znowu masz mordę czerwoną! 

Zatrzymałem się na chwilę. Co? Z kim on rozmawia? Jego ton był drażniący, ale to nic nowego – Thomas zawsze mówił w ten sposób, zwłaszcza gdy chciał kogoś zirytować. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zajrzeć do jego pokoju, ale zrezygnowałem. Domyśliłem się, że pewnie rozmawia z kimś, kogo znał ze swoich wypraw za miasto. Ostatnio dużo mówił o dziewczynie, którą zamierzał przedstawić rodzinie. Może to była właśnie ona? 

Nie chciałem ingerować. Jeśli Thomas miał kogoś, to jego sprawa. Zresztą, miałem inne rzeczy na głowie. Zszedłem na dół, kierując się do kuchni. Miski były na swoim miejscu, mleko w lodówce – mogłem zrobić sobie płatki. Siedziałem przy stole, wsypując kolejną łyżkę do ust, i przeglądałem telefon. Wiadomość od Ashera jeszcze nie przyszła. 

Lodówka cicho brzęczała w tle, a ja czułem, że coś jest nie tak. Głos Thomasa z góry nie dawał mi spokoju. To nie była dziewczyna – brzmiał inaczej. Coś w tym tonie było bardziej… znajomego. Ale może to tylko moje przewrażliwienie? Może nadal byłem zbyt zmęczony, by logicznie myśleć. 

W międzyczasie usłyszałem kolejny śmiech Thomasa, stłumiony przez ściany. Westchnąłem. Cokolwiek tam się działo, lepiej, żebym nie wiedział.

Siedziałem w kuchni, wpatrując się w telefon. Asher nadal nie odpisał na moją wiadomość, co zaczynało mnie coraz bardziej irytować. Jakby miał problem, żeby napisać choćby krótkie „tak” albo „nie”. Przeciągnąłem palcem po ekranie, zastanawiając się, czy to ja coś spieprzyłem, czy po prostu on przestał się mną przejmować. Tyle czasu nie gadaliśmy, a ja nadal czułem, że coś mnie do niego ciągnie.

Westchnąłem, odłożyłem miskę z płatkami i postanowiłem zadzwonić. Niech to będzie na moich zasadach. Jeśli nie odbierze – jego strata. 

Przyłożyłem telefon do ucha i wcisnąłem zieloną słuchawkę. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci. Czułem, jak serce zaczyna mi szybciej bić, bo gdzieś w środku miałem nadzieję, że odbierze i powie coś, co rozwieje ten jebany dystans między nami. 

Czwarty sygnał. Nagle usłyszałem trzask drzwi. Opuściłem telefon i spojrzałem w stronę schodów. Tam stał on – Asher. Na początku byłem w szoku. Może to gorączka, może zmęczenie, ale przez kilka sekund nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. On? Tutaj? W tym domu? 

Mój wzrok powędrował w górę, ku schodom, gdzie Asher stał z lekko zakłopotaną miną, a potem… jakby go olśniło. Zrozumiał, że to ja siedzę na dole i to ja właśnie dzwoniłem. 

Poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie powiedział ani słowa, ale ja już wiedziałem. Wiedziałem, że nie spał w swoim pokoju. Wiedziałem, że spędził noc w pokoju Thomasa. Thomasa. Mojego kuzyna. Nagle wszystko zaczęło składać się w całość. Głos Thomasa, jego teksty, które wcześniej słyszałem… To był Asher. To on był w jego pokoju. 

Nie wiedziałem, co bardziej mnie rozwaliło – fakt, że Asher był tutaj i mnie kompletnie olał, czy to, że spędził noc z Thomasem. I to nie w byle jakim kontekście. Przecież widziałem jego minę. Widziałem tę… winę? Zakłopotanie? Nieważne. 

Czułem, jak wkurwienie rośnie we mnie jak fala. Moje dłonie zacisnęły się w pięści, a zęby zaczęły zgrzytać. Ale gdzieś pod tą wściekłością był cholerny smutek. To mnie najbardziej rozwalało. Nie chodziło nawet o Thomasa, chodziło o Ashera. Jakim trzeba być skurwielem, żeby tak bawić się ludźmi? 

Spojrzałem na niego jeszcze raz, a potem wstałem. Nie mogłem tego znieść. Z szybkim impetem ruszyłem w stronę drzwi wejściowych, ignorując jego spojrzenie. Czułem na sobie jego wzrok, ale nie obchodziło mnie to. Jakby cokolwiek mógł teraz powiedzieć, co zmieniłoby sytuację. 

Trzasnąłem drzwiami z taką siłą, że wibrowały w framudze. W głowie miałem tylko jedną myśl: Wypierdolę stąd, zanim zrobię coś, czego będę żałował. Wybiegłem na podjazd, gdzie stał mój motor. Wsiadłem na niego, wrzuciłem kluczyki i odpaliłem silnik. Ryk wypełnił ciszę poranka, ale mnie to nie obchodziło. 

Zanim ruszyłem, rzuciłem jeszcze szybkie spojrzenie w stronę domu. W oknie nie było nikogo, ale wiedziałem, że Asher tam jest. Może patrzył, a może nie. Nie miało to już znaczenia. 

Zakręciłem manetkę i ruszyłem z miejsca, zostawiając za sobą ślad dymu i całą tę jebitną sytuację. W tej chwili chciałem tylko zapomnieć. Zapomnieć o Asherze, o Thomasie, o wszystkim.










Tony Monet / Życie 🚬Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz