19

410 20 5
                                        

Asher drżał w moich ramionach, a pojedyncze łzy spływały po jego policzkach. Nie mogłem patrzeć, jak cierpi, jak coś go tak przygniata. Wyciągnąłem rękę i delikatnie starłem wilgoć z jego twarzy, opuszkami palców przejeżdżając po jego policzku. Moja dłoń zatrzymała się tam na chwilę, dłużej, niż pewnie powinna. Jego skóra była ciepła, a ja poczułem dziwną potrzebę, by mu dać jakikolwiek komfort.

Jego oczy były puste, wpatrzone gdzieś w ścianę przede mną, jakby bał się spojrzeć na mnie. Zastanawiałem się, co tam widzi - co go tak trzyma w tym miejscu, w tej ciszy, w tym bólu.

– Dzięki, że przyjechałeś – wyszeptał w końcu. Jego głos był słaby, ochrypły. Brzmiał, jakby każda sylaba bolała, nie tylko przez gardło, ale przez to wszystko, co czuł w środku.

Nie odpowiedziałem. Nie było słów, które mogłyby to naprawić. Objąłem go mocniej, przyciągając go do siebie, aż jego twarz znalazła się na mojej klatce piersiowej. Czułem, jak jego oddech przyspiesza, jak łzy znowu próbują się wydostać.

– Przepraszam, że przez mnie musiałeś tu jechać – mruknął, a jego głos był ledwie słyszalny, jakby wtopił się w materiał mojej koszulki.

Spojrzałem w dół, na jego rozczochrane włosy, na to, jak kurczowo trzymał się mnie, jakby bał się, że zaraz zniknę.

– Nie przepraszaj – powiedziałem cicho, z lekkim uśmiechem, choć wiedziałem, że tego nie widzi. – Nic mnie tu nie trzymało.

Przytuliłem go jeszcze mocniej, a jego ciało powoli zaczęło się rozluźniać. W końcu osunąłem się nieco niżej, opierając plecy o duże okno, które ciągnęło się od ziemi aż po sufit. Asher był wtulony we mnie, niemal leżał na mnie, a ja jedną ręką objąłem jego plecy, drugą delikatnie trzymałem jego ramię.

Nasza pozycja musiała wyglądać dziwnie, ale nic nie miało teraz znaczenia. Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę w ciszy, przerywanej tylko jego cichym oddechem.

Czułem, że jest jeszcze coś, co chciałby powiedzieć. Coś, co go dręczy. Ale wiedziałem też, że nie mogę go zmuszać. Pozwoliłem mu po prostu być. W tej chwili, w tym miejscu, w tych ramionach. Moich ramionach.

Asher długo milczał, ale czułem, że coś w nim narasta, jakby zbierał siły, by w końcu się odezwać. Jego oddech przyspieszał, a dłonie zaciskały się na materiale mojej koszulki.

– To... – zaczął, ale głos mu zadrżał. Zawahał się na moment, a ja nie odzywałem się, czekając.

– To przez Victora – powiedział w końcu, niemal wypluwając te słowa, jakby paliły go w gardło.

Patrzyłem na niego, próbując przetrawić to, co właśnie usłyszałem. Wiedziałem, że Victor jest skurwielem. Zawsze to wiedziałem. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłby zrobić coś takiego. Asher unikał mojego wzroku, dłonie miał zaciśnięte na mojej koszulce, jakby bał się, że go odtrącę.

– Jestem idiotą – powiedział nagle, jego głos załamany, pełen samonienawiści. – Jestem pieprzonym debilem, Tony.

– Przestań – przerwałem mu, obejmując go mocniej. – Jedynym idiotą tutaj jest Victor. On jest skurwielem, Ash, a nie ty.

Pokręcił głową, a łzy zaczęły spływać po jego policzkach. Widziałem, jak bardzo się z tym zmagał, jak bardzo go to wyniszczało.

– Nie wiedziałem, co robić – powiedział, znowu cicho, jakby wstydził się swoich słów. – Poddałem się. On znowu mnie wykorzystał, Tony. Po prostu… wziął, co chciał. Jak zawsze.

Słuchałem, czując narastający gniew na Victora, ale jednocześnie smutek i współczucie wobec Ashera. Jego głos drżał, a ja czułem każdą jego emocję, jakby przepływała przeze mnie.

Tony Monet / Życie 🚬Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz