23

280 18 5
                                        

Pov Tony:

Gdy tylko przekroczyłem próg domu, poczułem znajomą, dziwną mieszankę ulgi i irytacji. Cieszyłem się, że mogłem w końcu być w miejscu, gdzie nikt nie będzie mnie non stop obserwował, ale jednocześnie wiedziałem, że tu nic się nie ukryje. To dom, w którym każdy ma oczy dookoła głowy – szczególnie Vince. Nie było to miejsce pełne ciepła i miłości, ale raczej idealnie działająca maszyna, gdzie każdy miał swoje zadania. 

Przeszedłem przez korytarz w kierunku kuchni, słysząc jakieś ciche rozmowy. Zajrzałem tam przez framugę drzwi i zatrzymałem się. Haille, moja siostra, siedziała przy stole z Dylanem. Oboje pochłonięci… robieniem ciasteczek?

Nie mogłem powstrzymać uniesienia brwi. Ten widok był bardziej surrealistyczny niż jakikolwiek film, jaki oglądałem ostatnio z Asherem. Haille, która nigdy nie brudzi sobie rąk, mieszała coś w misce, a Dylan, zazwyczaj poważny i zdystansowany, wyglądał, jakby to była najlepsza zabawa w jego życiu. Może nawet mówił coś zabawnego, bo Haille śmiała się cicho pod nosem. 

Przez chwilę stałem tam, próbując zrozumieć, co tu się dzieje, ale szybko uznałem, że nie ma sensu tego analizować. Nie miałem zamiaru wdawać się w rodzinne pogaduszki. Vince na pewno na mnie czekał, więc skręciłem w stronę jego gabinetu. 

Drzwi były zamknięte, ale od razu je otworzyłem. Vince siedział za biurkiem, oparty o oparcie krzesła, z tym swoim chłodnym wyrazem twarzy. W pokoju panowała cisza, a ja od razu wiedziałem, że ta rozmowa nie będzie miła. Wszedłem do środka i usiadłem naprzeciwko niego, czekając, aż zacznie. 

– Tony – zaczął spokojnie, choć jego głos miał w sobie tę lodowatą nutę, którą dobrze znałem. – Naprawdę zaczynasz przekraczać wszelkie granice. 

Nie odpowiedziałem, czekając na rozwinięcie. Vince w takich momentach zawsze lubił mówić więcej, niż było to konieczne. 

– Nie ma cię całymi dniami, znikasz na noce, imprezujesz. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz odezwałeś się do mnie lub do rodziców, żeby cokolwiek wyjaśnić. 

Westchnąłem, przeciągając się w fotelu. – Nie wydaje mi się, żeby to miało jakieś znaczenie – odpowiedziałem w końcu. 

Vince zmrużył oczy, a jego szczęka lekko drgnęła. Był wściekły, ale starał się tego nie pokazywać. 

– Nie o to chodzi, Tony – powiedział po chwili. – Chodzi o to, że zachowujesz się, jakby rodzina nic dla ciebie nie znaczyła. Jakbyś miał wszystko w dupie. 

Przewróciłem oczami. Ten sam tekst słyszałem już od dawna. 

– Może dlatego, że… – zacząłem, ale Vince mi przerwał. 

– Martwię się o ciebie, Tony. 

Te słowa mnie zaskoczyły. Vince? Martwił się o mnie? Ten najzimniejszy, najbardziej zdystansowany człowiek, jakiego znałem? Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, więc milczałem, wpatrując się w jego twarz, która jakby złagodniała na chwilę. 

– I jeszcze jedno – dodał, pochylając się nad biurkiem. – Ten chłopak, Asher… Pamiętasz, jak zawsze mówiłeś, że nie możesz go znieść? A teraz spędzasz z nim czas w jego domu? 

Moje serce na chwilę zamarło.  Dobrze, że nie wie, że byłem w jego łóżku… – pomyślałem, starając się nie zdradzić żadnych emocji. 

– To nic takiego – rzuciłem obojętnie. 

Vince przyglądał mi się przez chwilę, jakby próbował coś zrozumieć, ale ostatecznie dał spokój. Oparł się z powrotem o fotel, a ja wstałem, uznając, że rozmowa dobiegła końca. 

Wychodząc z gabinetu, przeszedłem przez salon. Na kanapie siedział Thomas, mój kuzyn. Telefon w jego dłoni był podświetlony, a na twarzy miał szeroki, zadowolony uśmiech. 

– Coś cię tak bawi? – rzuciłem, przystając na chwilę. 

Thomas spojrzał na mnie z kpiną w oczach. – Lepiej pilnuj swojego koleszki – powiedział, a jego głos ociekał sarkazmem. – Chociaż i tak wyglądał na dziwkę. 

Zamarłem, czując, jak złość wzbiera we mnie jak fala. Wiedziałem, że chodzi o Ashera. 

– Powtórz to – powiedziałem cicho, ale moje pięści już się zaciskały. 

Thomas się zaśmiał. – Wyglądał na dziwkę – powtórzył, patrząc mi prosto w oczy. 

W jednej chwili rzuciłem się na niego, uderzając go pięścią w szczękę. Upadł na kanapę, ale szybko się podniósł i oddał mi równie mocno. Walka szybko przerodziła się w chaos, obaj wymierzaliśmy ciosy, aż poczułem, jak ktoś nas odciąga. 

To był Dylan. Jego siła była przytłaczająca, więc obaj musieliśmy się poddać. Thomas wstał, poprawiając koszulkę, a na jego twarzy pojawił się kolejny kpiący uśmiech. 

– Jeszcze zobaczymy, kto wygra – rzucił, zanim odszedł. 

Nie odpowiedziałem. Wciąż byłem wściekły, ale nie chciałem robić większej sceny. Wróciłem do swojego pokoju, wciąż czując napięcie w całym ciele. 

Telefon zawibrował. Wiadomość od Lizzie. 

Lizzie: Impreza w piątek. Wpadasz?

Napisałem, że raczej tak, ale po chwili wysłałem kolejne pytanie. 

Tony: Asher też będzie?

Lizzie: Tak, oczywiście.

Uśmiechnąłem się do siebie, odrzucając telefon na łóżko. Może ta impreza będzie okazją, żeby spędzić z Asherem więcej czasu. A może… coś więcej. W głębi duszy liczyłem, że ta noc będzie początkiem czegoś, czego obaj tak naprawdę potrzebowaliśmy.


~~~~

Przepraszam że krótki rozdział ale jem popcorn i ciężko się pisze [szczerość to podstawa)<33 za to kolejny rozdział myślę że wam się spodoba

Tony Monet / Życie 🚬Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz