27

1.1K 63 22
                                        

Otworzyłam oczy i z przerażeniem wstałam. Znajdowałam się na tej samej łące, co trzy lata temu, gdy spotkałam mojego ojca.

-Halo! Jest tu ktoś?! - krzyczałam zrozpaczona.

Nie chciałam umierać, nie teraz, gdy wszystko się zaczęło układać.

-Jak się czujesz? - usłyszałam kobiecy głos za plecami i zamarłam.

Znałam ten głos. Tak dobrze go znałam.

-Ciociu! - krzyknęłam i podbiegłam do kobiety wtulając się w nią.

-Jak się czuje Kuba? - uśmiechnęła się.

Błaszczykowski był jej synem. Zginęła przez swojego męża, gdy Kuba miał zaledwie jedenaście lat. Zresztą każdy pewnie zna tę historię. Od dziecka wraz z Robertem nazywaliśmy ją swoją "ciocią".

-Chyba dobrze, ostatnio się trochę... posprzeczaliśmy - westchnęłam.

-Oglądam jego każdy mecz - uśmiechnęła się - Powiedz mu, że dziękuję za każdego dedykowanego mi gola, i że jestem z niego dumna.

-Powiem, ale... to znaczy, że ja tam wrócę? - zapytałam z nadzieją.

-Mam nadzieję! Wiesz, z tego co słyszałam Pan nie ma w planach cię stamtąd zabierać tak szybko - powiedziała z uśmiechem.

-Co się tak właściwe ze mną stało?

-Twoje serce przestało bić.

-Tak po prostu?

-Mhm.

-Nic nie rozumiem - westchnęłam.

-Nie musisz tego rozumieć, po prostu mu zaufaj, on wie co robi - powiedziała kładąc rękę na moim ramieniu w geście wsparcia.

-Ile już mnie tam nie ma? - zapytałam.

-Z jakieś dwie godziny - powiedziała, a ja zamarłam. Czy to możliwe żebym nagle ożyła po dwóch godzinach?

-Ile najdłużej trwała śmierć kliniczna? - zapytałam.

-Godzinę, chyba pobijesz nowy rekord - zachichotała.

-O ile tam wrócę - mruknęłam - Czekaj, czekaj, gdzie wózek? - zapytałam dopiero teraz zdając sobie sprawę, że go tutaj nie ma.

-A po co Ci wózek? Tutaj każdy jest zdrowy.

-To ja tu zostaje - rzekłam i rozłożyłam się na trawie.

Kobieta zaśmiała się i usiadła obok mnie.

**Pov's Grzegorz**

Ona odeszła. Tak po prostu. Odeszła w moich ramionach. Wszyscy błagaliśmy ją żeby nie zamykała oczu, a Łukasz dzwonił już po karetkę. Walczyła, ale nie dała rady, zamknęła oczy, a po chwili jej serce przestało bić, tak nagle.Nie bardzo wiedzieliśmy co dokładnie się stało, nikt nie mógł w to uwierzyć, ale gdy karetka przyjechała, lekarze tylko potwierdzili zgon Mai, po czym zabrali ją do szpitala. Oczywiście my też do niego pojechaliśmy.

-To moja wina - szepnął Robert.

-Nie, i nawet tak nie mów - powiedział zły Kuba.

Lekarz wyszedł z pomieszczenia, w którym próbowali sprawić, by serce Mai znów zaczęło bić.

-I co z nią? - został od razu zasypany falą pytań od wszystkich.

-Tak mi przykro, ale nie udało nam się jej uratować - rzekł lekarz, a w moich oczach zaczęły zbierać się łzy.

-Wiadomo co było przyczyną jej śmierci? - zapytałem przełykając gulę w moim gardle. 

-Nie, to bardzo dziwny przypadek. Wygląda na to, że serce pacjentki po prostu przestało bić - powiedział medyk.

-Może to znowu tylko śmierć kliniczna - rzekł brat Mai z nadzieją w głosie. Błagam oby to była prawda.

-Niestety jest to nie możliwe, pacjentka nie żyje od dwóch godzin, a najdłuższa śmierć kliniczna trwała zaledwie godzinę - wyjaśnił lekarz pozbywając nas jakichkolwiek nadziei. 

Odeszła.

Tak po prostu.

Nawet się z nami nie żegnając.

************

Hej kochani! ❤

Długo mnie nie było, ale postaram się nadrobić zaległości. Moim zdaniem rozdział jest do bani, ale nie potrafiłam napisać nic lepszego, z powodu braku weny. Mam nadzieję, że niedługo do mnie wróci.

Możecie zostawić komentarz i gwiazdkę dla motywacji! 😎😍📸

Do następnego!😚

snap: szczesna-01📸

Ja Nie Dam Rady? Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz