Otworzyłam oczy i z przerażeniem wstałam. Znajdowałam się na tej samej łące, co trzy lata temu, gdy spotkałam mojego ojca.
-Halo! Jest tu ktoś?! - krzyczałam zrozpaczona.
Nie chciałam umierać, nie teraz, gdy wszystko się zaczęło układać.
-Jak się czujesz? - usłyszałam kobiecy głos za plecami i zamarłam.
Znałam ten głos. Tak dobrze go znałam.
-Ciociu! - krzyknęłam i podbiegłam do kobiety wtulając się w nią.
-Jak się czuje Kuba? - uśmiechnęła się.
Błaszczykowski był jej synem. Zginęła przez swojego męża, gdy Kuba miał zaledwie jedenaście lat. Zresztą każdy pewnie zna tę historię. Od dziecka wraz z Robertem nazywaliśmy ją swoją "ciocią".
-Chyba dobrze, ostatnio się trochę... posprzeczaliśmy - westchnęłam.
-Oglądam jego każdy mecz - uśmiechnęła się - Powiedz mu, że dziękuję za każdego dedykowanego mi gola, i że jestem z niego dumna.
-Powiem, ale... to znaczy, że ja tam wrócę? - zapytałam z nadzieją.
-Mam nadzieję! Wiesz, z tego co słyszałam Pan nie ma w planach cię stamtąd zabierać tak szybko - powiedziała z uśmiechem.
-Co się tak właściwe ze mną stało?
-Twoje serce przestało bić.
-Tak po prostu?
-Mhm.
-Nic nie rozumiem - westchnęłam.
-Nie musisz tego rozumieć, po prostu mu zaufaj, on wie co robi - powiedziała kładąc rękę na moim ramieniu w geście wsparcia.
-Ile już mnie tam nie ma? - zapytałam.
-Z jakieś dwie godziny - powiedziała, a ja zamarłam. Czy to możliwe żebym nagle ożyła po dwóch godzinach?
-Ile najdłużej trwała śmierć kliniczna? - zapytałam.
-Godzinę, chyba pobijesz nowy rekord - zachichotała.
-O ile tam wrócę - mruknęłam - Czekaj, czekaj, gdzie wózek? - zapytałam dopiero teraz zdając sobie sprawę, że go tutaj nie ma.
-A po co Ci wózek? Tutaj każdy jest zdrowy.
-To ja tu zostaje - rzekłam i rozłożyłam się na trawie.
Kobieta zaśmiała się i usiadła obok mnie.
**Pov's Grzegorz**
Ona odeszła. Tak po prostu. Odeszła w moich ramionach. Wszyscy błagaliśmy ją żeby nie zamykała oczu, a Łukasz dzwonił już po karetkę. Walczyła, ale nie dała rady, zamknęła oczy, a po chwili jej serce przestało bić, tak nagle.Nie bardzo wiedzieliśmy co dokładnie się stało, nikt nie mógł w to uwierzyć, ale gdy karetka przyjechała, lekarze tylko potwierdzili zgon Mai, po czym zabrali ją do szpitala. Oczywiście my też do niego pojechaliśmy.
-To moja wina - szepnął Robert.
-Nie, i nawet tak nie mów - powiedział zły Kuba.
Lekarz wyszedł z pomieszczenia, w którym próbowali sprawić, by serce Mai znów zaczęło bić.
-I co z nią? - został od razu zasypany falą pytań od wszystkich.
-Tak mi przykro, ale nie udało nam się jej uratować - rzekł lekarz, a w moich oczach zaczęły zbierać się łzy.
-Wiadomo co było przyczyną jej śmierci? - zapytałem przełykając gulę w moim gardle.
-Nie, to bardzo dziwny przypadek. Wygląda na to, że serce pacjentki po prostu przestało bić - powiedział medyk.
-Może to znowu tylko śmierć kliniczna - rzekł brat Mai z nadzieją w głosie. Błagam oby to była prawda.
-Niestety jest to nie możliwe, pacjentka nie żyje od dwóch godzin, a najdłuższa śmierć kliniczna trwała zaledwie godzinę - wyjaśnił lekarz pozbywając nas jakichkolwiek nadziei.
Odeszła.
Tak po prostu.
Nawet się z nami nie żegnając.
************
Hej kochani! ❤
Długo mnie nie było, ale postaram się nadrobić zaległości. Moim zdaniem rozdział jest do bani, ale nie potrafiłam napisać nic lepszego, z powodu braku weny. Mam nadzieję, że niedługo do mnie wróci.
Możecie zostawić komentarz i gwiazdkę dla motywacji! 😎😍📸
Do następnego!😚
snap: szczesna-01📸
