Dzień Sylwestra w końcu nadszedł i od rana wszyscy byli podenerwowani. Sam – bo chciał, żeby wszystko wypadło jak najlepiej, a cała reszta dlatego, że to właśnie Wilson wszystko organizował. Od rana chodził nerwowym krokiem po całej bazie, wydając Karinie polecenia. „Sprawdź to", „zamów jeszcze to", „zobacz, czy to dotarło...". Gdyby nie to, że kobieta wkurzała mnie ciągłym monitorowaniem tego, co robię, to nawet byłoby mi jej żal.
Mnie samej udzielało się podenerwowanie wszystkich mieszkańców Bazy, ale gdy Sam zaczął wrzeszczeć na Tony'ego, żeby nie ruszał jakichś pudeł, bo to niespodzianka wieczoru, postanowiłam zaszyć się gdzieś, gdzie nie dosięgnie mnie jego wzrok.
I tak właśnie skończyłam w lesie, krocząc ośnieżonymi ścieżkami. W nocy znowu napadało śniegu, a temperatura była zdecydowanie poniżej 20 stopni Fahrenheita. Słońce przebijało się przyjemnie przez chmury, przez co od czasu do czasu biały puch mienił się, jak gdyby był pokryty brokatem. Śnieg skrzypiał pod moimi butami, w jakiś dziwny sposób kojąc moje nerwy. Już dawno temu powinnam była sobie zafundować taki spacer. Tylko ja i spokojne odgłosy przyrody.
Przyjemnie było się wyrwać z tego domu wariatów, gdzie tylko Thor wydawał się być podekscytowany całonocną imprezą, jak gdyby w ogóle nie udzielało mu się zdenerwowanie reszty. Delikatny szum wiatru, który smagał nagie gałęzie drzew, ptaki, rozmawiające ze sobą co chwilę i czyjeś ciężkie, szybkie kroki...
Zaraz. Co?
Odwróciłam się, gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, że ktoś próbuje mnie dogonić. Od razu pomyślałam o Barnesie, ale gdy tylko się odwróciłam, zobaczyłam Tony'ego. Maszerował szybko, a jego niezapięty płaszcz falował za nim na wietrze. Cóż, przynajmniej miał szalik i czapkę.
– Tony? Co ty tutaj robisz? – zapytałam, naprawdę zaskoczona jego widokiem.
– Rozkoszuję się zimnem, nie widać?
Mężczyzna stanął obok mnie i poprawił czapkę, która nieco mu się przekrzywiła. Z jego ust wydobywała się para, a głos ociekał ironią, ale jedynie wzruszyłam ramionami. W końcu nie kazałam mu za sobą iść.
– No tak, faktycznie. Miła odmiana od Wymiaru Śmierci, co?
– O tak, zdecydowanie. Zero piasku, zero gorąca, samoświadomy wymiar nie próbuje cię zabić... Faktycznie, bardzo tutaj fajnie.
Przewróciłam oczami i ruszyłam dalej, wiedząc, że mężczyzna podąży za mną. Nie pomyliłam się. Stark, mimo zimna, szedł za mną w ciszy. Podskórnie czułam, że miał jakiś cel w związku z tym, że postanowił wybrać się ze mną na mały spacer i naprawdę ciężko przychodziło mi czekanie na to, aż Tony zacznie gadać. Stark był w stanie wiele znieść, był w końcu cholernym bohaterem, którego śmierć się nie imała, ale doskonale wiedziałam, jak bardzo uwielbiał wygodę. Tym bardziej chciałam wiedzieć, jaki był powód jego obecności.
– Więc, co cię gryzie? – zapytałam w końcu, nie odwracając się za siebie.
– Nic, dlaczego od razu zakładasz, że mam jakąś sprawę? Może po prostu chciałbym spędzić czas z moją przyjaciółką, co?
– Znam cię, Stark – parsknęłam śmiechem, słysząc jego marną wymówkę. – Jeśli chciałbyś spędzić ze mną czas, to po prostu zaprosiłbyś mnie do salonu na drinka albo od razu całą butelkę. Ale dobrze, mogę pomilczeć i poczekać, aż sam w końcu zaczniesz gadać.
Usłyszałam dobiegające zza pleców ciche westchnięcie mężczyzny i faktycznie, gdy przeszliśmy kolejnych kilkadziesiąt metrów, nie odzywając się do siebie, mężczyzna w końcu pękł i zaczął mówić:
CZYTASZ
Hell's fire | Bucky Barnes
Hayran KurguGdy Avengersi pogrążeni są w zamęcie, S.H.I.E.L.D. przechodzi restrukturyzację, a świat zaczyna żyć w chaosie, tajne zgromadzenie postanawia przywrócić do życia kobietę, która będzie ostatnią deską ratunku dla ludzi - Lilith. 💜🖤💜 🥇 - pierwsze mi...
