|21|

3 0 0
                                        

W sali konferencyjnej atmosfera była napięta jak struna.

Powietrze wydawało się ciężkie, jakby każdy oddech wymagał wysiłku. Nikt nie siedział wygodnie. Nikt nie wyglądał na spokojnego.

Tony stał przy ekranie.

Za jego plecami wyświetlała się mapa świata pokryta czerwonymi punktami.

— Sto siedemnaście krajów. Akt Sokowii. Nadzór ONZ nad Avengersami. Koniec samowolki.

Jego głos był spokojny, ale napięcie w nim było wyraźne.

Steve pokręcił głową.

— Jeśli pozwolimy politykom decydować, gdzie mamy działać, ludzie zginą, bo ktoś będzie debatował.

Tony odwrócił się gwałtownie.

— Ludzie już giną!

Jego wzrok przesunął się po zespole.

Zatrzymał się na Wandzie.

Potem na Cindy.

— Lagos. Sokovia. Nowy Jork. Za każdym razem my decydujemy. I za każdym razem ktoś płaci.

Cindy poczuła, jak żołądek ściska się jej w supeł. Jej dłonie drgnęły lekko. Energia pod skórą odpowiedziała na emocje, jak zawsze.

Wtedy drzwi otworzyły się.

Do środka wszedł generał Ross.

Jego obecność natychmiast zmieniła atmosferę. Oficjalność. Chłód. Presja.

Ross przeszedł powoli wzdłuż stołu, mierząc każdego z nich spojrzeniem.

— Świat wam nie ufa — powiedział twardo. — I szczerze mówiąc, ma ku temu powody.

Jego wzrok zatrzymał się na Wandzie.

Potem na Cindy.

— Osoby o niekontrolowanej mocy. Niewyszkolone. Nieprzewidywalne.

Cindy poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

Steve zrobił krok do przodu.

— Ona jest jeszcze dzieckiem.

W sali zapadła cisza.

Ross spojrzał na niego bez cienia współczucia.

— Dzieckiem? — powtórzył chłodno.

Jego spojrzenie wróciło do Cindy.

— Dzieckiem, które jest niebezpieczne.

Cindy zamarła.

Ross skrzyżował ręce za plecami.

— I dzieckiem maga.

W powietrzu jakby zrobiło się jeszcze zimniej.

Kilka osób spojrzało na nią inaczej niż wcześniej.

Nie jak na członka zespołu.

Jak na ryzyko.

Steve zacisnął szczękę.

— Ona ratuje ludzi.

Ross podszedł bliżej stołu.

— A jeśli któregoś dnia ich zabije?

Nikt nie odpowiedział.

Ross położył dokumenty na stole.

— Macie czas, żeby podjąć decyzję. Ale niezależnie od tego, co wybierzecie… świat już podjął swoją.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia.

Drzwi zamknął z hukiem.

Echo rozeszło się po sali.

Nikt się nie odezwał przez dłuższą chwilę.

Pierwszy ruszył Steve. Potem Natasha. Sam. Vision. Rozmowy zaczęły się w małych grupach, cicho, nerwowo.

Cindy stała przy oknie.

Miasto wyglądało normalnie.

Samochody. Ludzie. Światła.

Jakby nic się nie stało.

— Nie podpisałabyś — odezwał się Steve, stając obok niej.

Nie było to pytanie.

— Nie wiem — odpowiedziała szczerze.

— Jeśli oddamy kontrolę, ktoś zacznie decydować, kto zasługuje na ratunek.

Cindy milczała.

Po chwili powiedziała cicho:

— A jeśli ktoś powinien decydować, kiedy nie powinniśmy działać?

Steve spojrzał na nią zaskoczony.

Po drugiej stronie sali Tony obserwował ich rozmowę.

I w jego oczach było coś nowego.

Nie gniew.

Strach.

Bo po raz pierwszy nie tylko Wanda się wahała.

Cindy też.

A drużyna zaczynała pękać.

— Cindy — odezwał się Tony.

Jego głos nie był głośny, ale sprawił, że rozmowy w pomieszczeniu na moment ucichły.

Wszyscy spojrzeli w jego stronę.

Potem na nią.

Serce Cindy przyspieszyło.

Powoli podeszła do niego.

Zatrzymała się kilka kroków przed nim.

W jego spojrzeniu nie było ironii. Ani złości.

To było gorsze.

Było poważne.

— Myślałem, że przynajmniej ty nie będziesz miała wątpliwości — powiedział cicho.

Dłonie Cindy lekko zadrżały. Czerwonawa energia zamigotała na ułamek sekundy wokół palców, zanim zgasła.

Podniosła na niego wzrok.

W jej oczach był strach.

Prawdziwy.

— Ja tylko… nie chcę, żeby ktoś przeze mnie zginął — wyszeptała.

Tony milczał przez chwilę.

— Właśnie dlatego to jest potrzebne — odpowiedział cicho. — Granice. Zasady. Kontrola.

Cindy przełknęła ślinę.

— A jeśli przez te zasady nie zdążymy komuś pomóc?

Tony spojrzał na nią długo.

— A jeśli bez nich znowu się pomylimy?

Cisza między nimi była ciężka.

— Myślałem, że mnie zrozumiesz — powiedział w końcu.

To nie był zarzut.

To było rozczarowanie.

Cindy opuściła wzrok.

— Przepraszam…

Tony pokręcił głową.

— Nie przepraszaj. Po prostu zdecyduj, po której stronie stoisz.

Odwrócił się i odszedł.

Cindy została sama pośrodku sali.

Czuła na sobie spojrzenia zespołu.

I po raz pierwszy od bardzo dawna nie była pewna, czy jej moce są największym ciężarem.

Czy może wybór, który musi podjąć.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz