Powietrze w hangarze wciąż śmierdziało spalonym paliwem lotniczym i ozonem. Gdy ostatnie echo silników Quinjeta ucichło w oddali, Cindy poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Żołnierze oddziałów specjalnych ONZ zaczęli zacieśniać pierścień wokół niej, a chłodny blask wibranium na ich kajdankach zdawał się kpić z jej niedawnej potęgi.
W chwili, gdy pierwsza dłoń strażnika niemal dotknęła jej ramienia, rzeczywistość pękła.
Znajomy, syczący dźwięk sypiących się iskier rozdarł narastającą ciszę. Za plecami Cindy otworzył się złocisty, kolisty portal, rzucając ciepły blask na surowy beton hangaru.
W jego głębi, na tle mrocznych bibliotek nowojorskiego Sanctum Sanctorum, zamajaczyła sylwetka Stephena Strange'a. Jego Lewitujący Płaszcz falował niespokojnie, jakby wyczuwał niebezpieczeństwo.
- Cindy, chodź. Teraz - głos ojca był surowy, pozbawiony cienia negocjacji, ale pod tą maską dziewczyna usłyszała coś, czego nigdy wcześniej u niego nie znała: autentyczny, paraliżujący lęk o własne dziecko. - To nie jest twoja wojna. Nie pozwól im się uwięzić w świecie, którego nie rozumieją.
Cindy odwróciła się powoli, patrząc w głąb portalu. Wolność była na wyciągnięcie ręki. Jeden krok i byłaby bezpieczna pod ochroną starożytnych zaklęć. Potem jednak spojrzała za siebie. Zobaczyła Wandę, Sama i Scotta, których żołnierze brutalnie spychali na kolana.
Widziała ich błagalne, a jednocześnie pełne rezygnacji spojrzenia. Wiedziała jedno: jeśli ucieknie, sekretarz Ross wykorzysta każdą uncję swojej nienawiści, by wyżyć się na tych, którzy zostali.
- Nie, tato - szepnęła, a jej głos, choć cichy, brzmiał niewzruszenie. Odsunęła się od złotego kręgu, robiąc krok w stronę uzbrojonych strażników. - Oni są moją rodziną. Nie zostawię ich samych z konsekwencjami moich czynów.
Strange patrzył na nią przez sekundę z wyrazem niewysłowionego bólu, zanim portal zgasł z głośnym sykiem, zostawiając po sobie jedynie zapach spalenizny i pustkę w sercu Cindy. Dziewczyna wyciągnęła przed siebie dłonie, pozwalając, by ciężkie obręcze zatrzasnęły się na jej nadgarstkach.
Cela w więzieniu Raft była arcydziełem nieludzkiej inżynierii.
Ściany z grubego szkła wzmocnionego polimerami i nieustannie pulsujące pole siłowe tłumiły fioletową magię Cindy, sprawiając, że każda próba przywołania energii kończyła się przeszywającym bólem głowy. Bez swojej mocy czuła się odarta z tożsamości, fizycznie chora i całkowicie odcięta od świata.
Nagle, w głębi korytarza, światła przygasły. Elektroniczny szum pola siłowego na moment zmienił tonację, a przed jej celą zmaterializowała się postać, której nie spodziewała się zobaczyć tak szybko.
Tony Stark.
Nie miał na sobie zbroi. Ubrany w nienaganny, drogi garnitur, wyglądał w tym mrocznym, podwodnym bunkrze niemal groteskowo. Jego twarz była jednak inna niż na lotnisku - zniknęła złość, a pojawiło się coś na kształt determinacji zmieszanej z ogromnym poczuciem winy.
- Gratuluję, młoda. Stałaś się oficjalnie najbardziej poszukiwaną nastolatką na planecie - odezwał się cicho, a jego głos odbił się echem od szklanych ścian. - Ross nie spoczął na laurach. Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin walczyłem z nim o twój status. On nie chce więzienia, Cindy. Chce cię wysłać do placówki badawczej „podwyższonego rygoru". Chce rozebrać twoją magię na czynniki pierwsze.
Cindy podniosła na niego beznamiętny wzrok. Jej oczy, pozbawione fioletowego blasku, wydawały się teraz niezwykle zmęczone.
- I co zamierzasz zrobić, Tony? Przyjdziesz tu jutro i przyniesiesz mi formularz zrzeczenia się praw obywatelskich? Stark podszedł bliżej, kładąc dłoń na zimnej powierzchni szkła.
CZYTASZ
VENUS
AksiDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
