Samolot Starka runął na piasek Coney Island z ogłuszającym rykiem, który rozdarł noc jak błyskawica. Huk był tak potężny, że przez ułamek sekundy zdawało się, jakby cały świat zadrżał.
Metalowy kadłub zarył w ziemię, rozrzucając wokół fontanny piasku
i kawałków poszarpanej blachy.
Iskry posypały się w ciemność,
a chwilę później wrak stanął
w płomieniach.
Pomarańczowo-czerwona łuna ognia zatańczyła na falach oceanu, oświetlając zniszczone atrakcje, puste budki i opustoszałe fragmenty plaży.
W tej poświacie poruszyła się sylwetka.
Vulture.
Z trudem wydostał się spod pogiętych elementów konstrukcji. Jego zbroja była nadpalona, pokryta sadzą i rysami, a jedno ze skrzydeł zwisało nienaturalnie nisko.
Mechaniczne pióra były poszarpane i wykrzywione, ale wciąż poruszały się z cichym, złowrogim brzękiem.
— To… jeszcze… nie koniec… — wychrypiał, ciężko oddychając przez maskę.
Kilka metrów dalej Peter Parker opierał się o fragment rozbitego poszycia. Oddychał szybko, płuca paliły go po długiej walce w porcie, a każdy mięsień protestował przy najmniejszym ruchu. Jego strój był podarty, maska rozerwana przy policzku.
Ale gdy zobaczył, że Toomes wstaje — ruszył.
— Toomes! To koniec! — krzyknął, wystrzeliwując sieć.
Jego ruch był jednak wolniejszy niż zwykle. Zmęczenie spowalniało refleks, a ręce drżały z wysiłku.
Vulture obrócił się gwałtownie.
— Koniec? — warknął.
Zamachnął się mechanicznym skrzydłem. Stalowe pióra przecięły powietrze z ostrym świstem i uderzyły Petera z ogromną siłą.
— Ugh!
Peter został odrzucony kilka metrów dalej, przekoziołkował po piachu i z głuchym trzaskiem uderzył plecami w ostry fragment kadłuba. Powietrze uciekło mu z płuc.
Vulture uniósł się kilka metrów nad ziemią, silniki jego zbroi zawyły nierówno.
— Wstawaj! — krzyknął drwiąco. — Pokaż mi jeszcze raz, jaki jesteś bohater!
— Peter! — rozległ się głos.
Cindy podbiegła do niego, a wokół jej dłoni rozbłysła energia. W jednej chwili utworzyła półprzezroczystą, fioletową tarczę, która odbiła lecące w ich stronę metalowe odłamki.
Peter spróbował wstać. Zachwiał się.
— Dam radę… Cindy, muszę go… — wycharczał, łapiąc oddech.
Położyła mu dłoń na piersi i delikatnie, ale stanowczo go zatrzymała.
— Nie, Peter.
Spojrzał na nią zaskoczony.
— Ledwo stoisz — powiedziała cicho. — Teraz moja kolej.
W jej głosie była siła. Spokój. Coś, czego nigdy wcześniej u niej nie słyszał.
— Odradzam ci to — dodała. — Odpocznij. Ja to zakończę.
— Cindy, to zbyt niebezpieczne! — zaprotestował. — On ma twoją energię!
Ale ona już odwróciła się w stronę Vulture’a.
Powoli wstała.
Piasek pod jej stopami zaczął drżeć i wirować, jakby reagował na jej obecność. Fioletowe żyły na jej przedramionach rozbłysły intensywnym światłem. Ciepło bijące od niej było niemal fizycznie wyczuwalne.
CZYTASZ
VENUS
AkcjaDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
