|46|

3 0 0
                                        

Samolot Starka runął na piasek Coney Island z ogłuszającym rykiem, który rozdarł noc jak błyskawica. Huk był tak potężny, że przez ułamek sekundy zdawało się, jakby cały świat zadrżał.

Metalowy kadłub zarył w ziemię, rozrzucając wokół fontanny piasku
i kawałków poszarpanej blachy.
Iskry posypały się w ciemność,
a chwilę później wrak stanął
w płomieniach.

Pomarańczowo-czerwona łuna ognia zatańczyła na falach oceanu, oświetlając zniszczone atrakcje, puste budki i opustoszałe fragmenty plaży.

W tej poświacie poruszyła się sylwetka.

Vulture.

Z trudem wydostał się spod pogiętych elementów konstrukcji. Jego zbroja była nadpalona, pokryta sadzą i rysami, a jedno ze skrzydeł zwisało nienaturalnie nisko.

Mechaniczne pióra były poszarpane i wykrzywione, ale wciąż poruszały się z cichym, złowrogim brzękiem.

— To… jeszcze… nie koniec… — wychrypiał, ciężko oddychając przez maskę.

Kilka metrów dalej Peter Parker opierał się o fragment rozbitego poszycia. Oddychał szybko, płuca paliły go po długiej walce w porcie, a każdy mięsień protestował przy najmniejszym ruchu. Jego strój był podarty, maska rozerwana przy policzku.

Ale gdy zobaczył, że Toomes wstaje — ruszył.

— Toomes! To koniec! — krzyknął, wystrzeliwując sieć.

Jego ruch był jednak wolniejszy niż zwykle. Zmęczenie spowalniało refleks, a ręce drżały z wysiłku.

Vulture obrócił się gwałtownie.

— Koniec? — warknął.

Zamachnął się mechanicznym skrzydłem. Stalowe pióra przecięły powietrze z ostrym świstem i uderzyły Petera z ogromną siłą.

— Ugh!

Peter został odrzucony kilka metrów dalej, przekoziołkował po piachu i z głuchym trzaskiem uderzył plecami w ostry fragment kadłuba. Powietrze uciekło mu z płuc.

Vulture uniósł się kilka metrów nad ziemią, silniki jego zbroi zawyły nierówno.

— Wstawaj! — krzyknął drwiąco. — Pokaż mi jeszcze raz, jaki jesteś bohater!

— Peter! — rozległ się głos.

Cindy podbiegła do niego, a wokół jej dłoni rozbłysła energia. W jednej chwili utworzyła półprzezroczystą, fioletową tarczę, która odbiła lecące w ich stronę metalowe odłamki.

Peter spróbował wstać. Zachwiał się.

— Dam radę… Cindy, muszę go… — wycharczał, łapiąc oddech.

Położyła mu dłoń na piersi i delikatnie, ale stanowczo go zatrzymała.

— Nie, Peter.

Spojrzał na nią zaskoczony.

— Ledwo stoisz — powiedziała cicho. — Teraz moja kolej.

W jej głosie była siła. Spokój. Coś, czego nigdy wcześniej u niej nie słyszał.

— Odradzam ci to — dodała. — Odpocznij. Ja to zakończę.

— Cindy, to zbyt niebezpieczne! — zaprotestował. — On ma twoją energię!

Ale ona już odwróciła się w stronę Vulture’a.

Powoli wstała.

Piasek pod jej stopami zaczął drżeć i wirować, jakby reagował na jej obecność. Fioletowe żyły na jej przedramionach rozbłysły intensywnym światłem. Ciepło bijące od niej było niemal fizycznie wyczuwalne.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz