Dźwięk dzwonka kończącego zajęcia z profesorem Harringtonem rozległ się ostrym, metalicznym tonem, który przez chwilę zdawał się odbijać echem od ścian sali. Dla większości uczniów był to sygnał ulgi, niemal wybawienie po długich minutach wykładu, ale dla Petera Parkera oznaczał tylko jedno: kolejną próbę przemknięcia się niezauważonym przez zatłoczone korytarze Midtown High.
Kiedy tylko opuścił klasę, fala uczniów natychmiast wciągnęła go w wir szkolnego życia. Korytarz tętnił rozmowami, śmiechem i stukotem zamykanych szafek.
Powietrze przesycone było charakterystycznym zapachem starego wosku do podłóg, tanich perfum, dezodorantów i kurzu unoszącego się znad metalowych drzwiczek.
Wszystko to mieszało się w typowy, przedpołudniowy chaos, w którym każdy gdzieś się spieszył, a nikt nie zwracał uwagi na nikogo poza własnym planem dnia.
Peter szedł z głową spuszczoną, starając się zajmować jak najmniej miejsca. Automatycznie poprawił zsuwającą się szelkę plecaka, licząc na to, że wtopi się w tłum i bez przeszkód dotrze do schodów. Właśnie wtedy poczuł nagłe, zdecydowane szarpnięcie.
Zanim zdążył zareagować, świat jakby na moment się zatrzymał.
Jego plecy uderzyły o chłodny metal szafki z głuchym, stłumionym dźwiękiem, który przeszedł przez jego kręgosłup lekkim dreszczem. Tuż przed nim, zaskakująco blisko, stała nowa uczennica – Cindy Moon.
Choć była w szkole zaledwie od tygodnia, miała w spojrzeniu coś, co natychmiast przyciągało uwagę. Coś skupionego, czujnego… i dziwnie znajomego. Najbardziej niepokojące było jednak to, że jego Spider-Sense milczało. Nie ostrzegało go przed zagrożeniem. Zamiast tego w jego ciele rozlewało się dziwne, kojące odrętwienie, którego nie potrafił zrozumieć ani wyjaśnić.
— Peter, przestań — ucięła Cindy stanowczo, opierając dłoń o drzwiczki szafki tuż obok jego głowy.
Skróciła dystans jeszcze bardziej, całkowicie ignorując uczniów przepychających się obok nich. Jej obecność tworzyła wokół nich małą, napiętą przestrzeń, jakby na moment oddzieloną od reszty korytarza.
— Widziałam cię wczoraj na skrócie przez alejki. Nikt nie biega po pionowych ścianach, żeby zdążyć na autobus. To fizycznie niemożliwe.
Peter poczuł, jak jego żołądek zaciska się w supeł.
— Ja... ja po prostu mam bardzo przyczepne buty! — wydukał, czując, jak pot zaczyna zbierać się na jego czole. — Nowa technologia od stażu u Starka. Testuję podeszwy. Poza tym, my się w ogóle znamy?
Cindy przybliżyła się jeszcze bardziej. Jej głos stał się cichym, niemal intymnym szeptem, który sprawił, że Peter mimowolnie wstrzymał oddech.
— Znamy się lepiej, niż myślisz. Widziałam cię wcześniej. W Niemczech. Na lotnisku w Lipsku.
Peter zamarł.
Krew odpłynęła mu z twarzy, a na ułamek sekundy wszystkie dźwięki korytarza przycichły, jakby ktoś ściszył świat. Tamta bitwa — chaos, Avengersi, Tony, wszystko — miało pozostać jego najpilniej strzeżonym sekretem.
— Nie wiem, o czym... — zaczął, ale Cindy nie pozwoliła mu dokończyć.
— Widziałam, jak zabrałeś tarczę Kapitanowi Ameryce. Nie kłam mi, Parker.
W tym samym momencie Peter dostrzegł kątem oka znajome sylwetki. Ned i MJ zbliżali się, rozmawiając o czymś energicznie.
Cindy również zareagowała natychmiast. Jej postura złagodniała, ręka cofnęła się od szafki, a spojrzenie na moment spotkało się z jego. Był w nim wyraźny, niemy komunikat: Ani słowa o Lipsku przy nich.
Peter lekko skinął głową. Ciężar nowej, wspólnej tajemnicy opadł na niego nagle i nieprzyjemnie.
— Stary! Nie uwierzysz! — Ned pojawił się obok nich z entuzjazmem, omal nie trącając Cindy ramieniem. — Lego Gwiazda Śmierci ma teraz wersję z podświetlanym rdzeniem! Czy my... przeszkadzamy w czymś intensywnym? Czy to jest ten moment, w którym wyjawiasz swoją tajną toż...?
— Ned! — syknął Peter, czerwieniąc się natychmiast.
— ...tożsamość jako kolekcjoner rzadkich kart? — dokończył Ned z powagą, której zupełnie nie potrafił utrzymać.
Z tyłu pojawiła się MJ, jak zwykle z nosem wbitym w szkicownik.
— Parker, twoje tętno jest tak wysokie, że słyszę je z dwóch metrów — rzuciła spokojnie, nawet nie podnosząc wzroku. — Albo masz zawał, albo ta rozmowa o „kartach” idzie wyjątkowo fatalnie.
Cindy poczuła, jak policzki zaczynają jej płonąć. Cofnęła rękę, nerwowo wygładzając materiał bluzy. Pod chłodnym, przenikliwym spojrzeniem MJ miała wrażenie, jakby ktoś analizował każdy jej ruch.
— Ja... ja tylko pytałam o projekt z chemii — wymamrotała. — Ten o syntezie polimerów.
MJ w końcu uniosła wzrok i zmierzyła ją uważnie.
— Moon, prawda? Jesteś tu nowa. Siedzisz w trzeciej ławce i obserwujesz Parkera, jakby był rzadkim okazem biologicznym. Kojarzę cię. Masz całkiem niezłe wyczucie czasu, jeśli chodzi o przerywanie jego codziennej dawki paniki.
Ned, chcąc rozładować napięcie, wyciągnął rękę.
— Nowa! To tłumaczy, dlaczego jeszcze nie wiesz, że Peter ma skłonność do... dziwnych uników. Witaj w Midtown High, krainie nauki i traumy społecznej! Jestem Ned.
Peter odchrząknął, czując wciąż ciężar rozmowy sprzed chwili.
— Cindy, to Ned, mój najlepszy przyjaciel. A to jest MJ. Ona… cóż, ona po prostu wie wszystko o wszystkich. Przepraszam za nich. I za te buty. To było głupie tłumaczenie.
Pewność siebie Cindy całkowicie zniknęła.
— Tak, jasne. Miło was poznać. Ja… muszę iść. Do biblioteki. Muszę poszukać czegoś o… wiązaniach kowalencyjnych w chemii organicznej.
Odwróciła się gwałtownie i ruszyła szybkim krokiem, niemal wpadając na młodszego ucznia, zanim zniknęła w tłumie w kierunku schodów.
Ned patrzył za nią z otwartą buzią, wciąż trzymając nadgryzionego bajgla.
— Peter, stary… czy ona właśnie cię przesłuchiwała, czy próbowała umówić się na naukę? Bo jej poziom stresu skoczył z zera do „płonący budynek” w trzy sekundy.
MJ zamknęła szkicownik z trzaskiem.
— Jest dziwna — stwierdziła krótko. — I nikt nie idzie do biblioteki szukać chemii w czwartek po południu. Od tego jest Google. Ona coś kombinuje, Parker.
Peter westchnął i oparł czoło o chłodny metal szafki. W kieszeni zawibrował telefon — zapewne Happy z kolejnym pytaniem o jego lokalizację. Ale jego myśli krążyły gdzie indziej.
Skąd Cindy Moon była w Lipsku? Dlaczego tam była? Czy ktoś ją przysłał? A może, tak jak on, miała własne powody, by obserwować starcie największych bohaterów świata?
Jedno było pewne.
Jego życie w Queens właśnie stało się znacznie bardziej skomplikowane.
A biblioteka była teraz jednocześnie ostatnim miejscem, do którego chciał iść… i jedynym, które mogło dać mu odpowiedzi.
CZYTASZ
VENUS
AksiDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
