|16|

4 0 0
                                        

Mroczny Wymiar nigdy nie nadchodził gwałtownie.
Dormammu nie potrzebował hałasu — wystarczała mu cierpliwość.

Stephen Strange stał w kręgu ochronnym, ramię w ramię z Wongiem i pozostałymi magami. Złote symbole pulsowały w powietrzu, reagując na nacisk z drugiej strony rzeczywistości. Przestrzeń drżała, jakby świat wstrzymywał oddech.

— Napór słabnie — powiedział Wong, nie odrywając wzroku od zaklęcia. — Ale to tylko próba.

— On sprawdza, czy jesteśmy zajęci — odparł Strange spokojnie. — Jak zawsze.

Wzmocnił barierę, czując zimny, obcy dotyk Mrocznego Wymiaru. Przez krótką chwilę pomyślał tylko o jednym.

Dobrze, że jej tu nie ma.

Gdy zaklęcia wreszcie się zamknęły, a pęknięcia w rzeczywistości zniknęły, Stephen pozwolił dłoniom opaść. Świat był bezpieczny — na teraz.

Kilka minut później wrócił do Sanctum Sanctorum.

Znajomy zapach starego drewna i kurzu ksiąg przywitał go jak zawsze. Przeszedł schody powoli, ciszej niż zwykle, i zatrzymał się przed drzwiami do pokoju Cindy.

Otworzył je.

Pokój był dokładnie taki, jak go zapamiętał. Nienaruszony. Zbyt cichy. Na półce stały książki — nie wszystkie magiczne, większość zupełnie zwyczajna. Na biurku leżał szkicownik, otwarty na niedokończonym rysunku. To tutaj stawiała pierwsze kroki. Tutaj nauczyła się, że magia nie musi być strachem.

To był jej dom, pomyślał.
Zanim świat upomniał się o więcej.

Wyjął telefon.

Rozmowa z Tonym Starkiem była krótka, ale wystarczająca. Cindy miała za sobą pierwszy trening. Bała się. I nie uciekła. Strange zamknął oczy na moment, czując jednocześnie ulgę i ciężar decyzji.

— Wybacz — powiedział cicho do pustego pokoju. — Ale tam jest bezpieczniej. Przynajmniej teraz.

Podniósł dłoń i otworzył portal. Złoty krąg rozświetlił ścianę, ukazując dziedziniec Kamar-Taj — miejsca, gdzie Cindy uczyła się **opanowania**, dyscypliny i kontroli. Nie domu. Szkoły. Przestrzeni, która nigdy nie była łagodna, ale była potrzebna.

Przeszedł przez portal.

Wong czekał na niego, opierając się o kamienny filar.

— Obrona zakończona — powiedział Strange. — Dormammu się wycofał.

— Na krótko — odpowiedział Wong. —
(spojrzał uważnie)
Zostawiłeś ją u Avengersów.

— Tak.

— Bo Sanctum nie jest już bezpieczne.

Stephen skinął głową.

— Sanctum to jej dom — powiedział. — Dlatego nie mogła tam zostać. Dormammu zna to miejsce. Zna mnie.

Wong przez chwilę milczał.

— A Kamar-Taj? — zapytał.

— Kamar-Taj nauczyło ją kontroli — odpowiedział Strange. — Ale nie ochroni jej przed światem, który właśnie się o nią upomina.

Wong westchnął.

— Stark?

— Jest dokładnie taki, jak się spodziewałem — odparł Stephen. — Ostrożny. Przerażony. I uważny.

— To wystarczy?

Strange spojrzał w nocne niebo nad Kamar-Taj.

— Na teraz — tak. Da jej czas. A czas jest jedyną rzeczą, której naprawdę potrzebuje.

— A ty? — zapytał Wong. — Jesteś gotów, gdy wróci?

Stephen odpowiedział po chwili.

— Nie. Ale będę.

Złote światło portalu powoli zgasło, a Kamar-Taj znów pogrążyło się w ciszy.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz