|47|

3 0 0
                                        

Słońce przebijało się przez zakurzone okna Midtown High, a jego ciepłe, złotawe promienie rozlewały się po korytarzu, oświetlając wirujące w powietrzu drobinki kurzu.

Powietrze pachniało mieszanką starych książek, środków czystości i porannego chaosu szkolnego życia. Szafki trzaskały, ktoś śmiał się głośno na końcu korytarza, a nauczyciel dyżurny powtarzał co chwilę:
„Nie biegamy!”.

Cindy stała przed swoją szafką, nieruchomo, jakby na moment wyłączyła się z tego wszystkiego.

W dłoni trzymała drzwi szafki, a jej wzrok skupiony był na małym, lekko porysowanym lusterku przyklejonym od środka taśmą.

Patrzyła na swoje odbicie.

Wyglądała tak samo.

A jednak wszystko było inne.

Nie miała już na sobie bluzy z kapturem naciągniętym niemal na oczy. Nie próbowała się chować. Nie próbowała zniknąć.

Na sobie miała nową koszulkę, którą Pepper kupiła jej w weekend — prostą, ale ładną, w jasnym kolorze, który sprawiał, że wyglądała… lżej.

A jej włosy były rozpuszczone. Swobodnie opadały na ramiona.
Po raz pierwszy od miesięcy nie próbowała się za nimi ukryć.

Przechyliła lekko głowę, jakby sprawdzając, czy to naprawdę ona.

— Nie boisz się, że ktoś zauważy, że… no wiesz… promieniejesz?

Szept był tak blisko jej ucha, że Cindy aż drgnęła.

Odwróciła głowę.

Peter.

Opierał się o szafkę obok, jakby stał tam od dawna. W jednej ręce trzymał podręcznik do fizyki, który wyglądał na zdecydowanie zbyt ciężki jak na poranek. Jego włosy były w lekkim nieładzie, a pod oczami miał cienie, jakby spał może trzy godziny.

Ale jego oczy błyszczały.

— Nie promieniuję, Peter — odpowiedziała Cindy z uśmiechem, zatrzaskując szafkę. — To tylko dobry humor.

Peter zmrużył oczy podejrzliwie.

— Hm. Dobry humor. Jasne. Zupełnie nie podejrzane.

— Poza tym — dodała, ruszając korytarzem, a on automatycznie zrównał z nią krok — Stark powiedział, że moje parametry są w normie. Dopóki nie spróbuję przenieść całej szkoły do Londynu, nikt nic nie zauważy.

Peter parsknął śmiechem.

— Proszę, nie przenoś szkoły do Londynu. Już i tak mam zaległości z matematyki. Zmiana strefy czasowej mnie dobije.

Szli obok siebie, mijając grupki uczniów, które rozchylały się przed nimi jak nurt rzeki. Cindy poczuła coś dziwnego — spokój. Normalność. Korytarz, rozmowy, książki. Żadnych alarmów. Żadnych portali. Żadnych pościgów.

Gdy mijali salę matematyczną, Cindy na moment zwolniła.

Jej spojrzenie zatrzymało się na biurku nauczyciela.

Puste krzesło, które kiedyś zajmował Toomes, zniknęło. Teraz przy biurku stał starszy, łysiejący mężczyzna w grubych okularach, który z absolutnym spokojem wypisywał na tablicy długie równania.

Nic groźnego.

Nic podejrzanego.

Tylko matematyka.

— Dziwnie tu bez niego, co? — odezwał się cicho Peter, zauważając jej spojrzenie. — W sensie… czuć ulgę. Ale to wciąż szkoła.

Cindy patrzyła jeszcze chwilę, po czym skinęła głową.

To już koniec opublikowanych części.

⏰ Ostatnio Aktualizowane: 2 days ago ⏰

Dodaj to dzieło do Biblioteki, aby dostawać powiadomienia o nowych częściach!

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz