Cindy klęczała na popękanym, rozgrzanym od niedawnych wybuchów asfalcie, którego szczeliny wypełniał drobny pył i czarne, nadpalone smugi.
Jej kolana wbijały się w twardą, nierówną powierzchnię, ale niemal tego nie czuła. Całe jej ciało drżało z wyczerpania, a dłonie, uniesione jeszcze przed chwilą w geście desperackiej koncentracji, wciąż dymiły resztkami fioletowej energii. Delikatne smugi mocy unosiły się z jej palców niczym gasnące płomienie, powoli rozpraszając się w powietrzu.
Przed sobą widziała, jak Quinjet ze Steve’em i Bucky’m wzbija się w niebo. Najpierw powoli, ciężko, jakby walczył z grawitacją i skutkami bitwy, a potem coraz szybciej, przebijając się przez niskie, szare chmury. Silniki ryczały głucho, a wiatr z ich ciągu rozwiewał kurz i drobne odłamki wokół niej. Maszyna stawała się coraz mniejsza, aż w końcu zniknęła na horyzoncie — mały, ciemny punkt, który po chwili rozpłynął się w bezkresie nieba.
Portal, który utrzymywała resztkami woli, drgnął po raz ostatni. Jego krawędzie zafalowały, jak powierzchnia wody uderzonej kamieniem, po czym zniknął z głośnym, metalicznym hukiem.
Echo rozeszło się po opustoszałym fragmencie lotniska, odbijając się od hangarów i wraków sprzętu.
W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą pulsowała energia, pozostał jedynie ostry zapach ozonu, spalonego betonu i czegoś gorzkiego, niemal elektrycznego, co drażniło gardło przy każdym oddechu.
Wanda, widząc, że Quinjet zniknął, powoli opuściła dłonie. Jej ramiona opadły ciężko, jakby nagle przypomniała sobie o całym zmęczeniu, które przez ostatnie minuty ignorowała. Czerwona energia wokół jej palców zgasła, a jej twarz, dotąd napięta i skupiona, złagodniała.
Vision, uwolniony z jej uścisku, nie ruszył się do ataku. Nie przyjął bojowej postawy, nie uniósł dłoni. Zamiast tego lewitował nieruchomo kilka centymetrów nad ziemią. Jego syntetyczna twarz była spokojna, lecz w jego spojrzeniu było coś, co nie powinno należeć do maszyny — cichy smutek, ciężki i głęboki, jakby obserwował rozpad czegoś znacznie większego niż tylko bitwa.
— Udało się. Są bezpieczni. Ale ty właśnie stałaś się więźniem, Cindy — odezwał się NIFTY.
Jego głos zabrzmiał w jej głowie cicho, niemal delikatnie. Mechaniczny, ale pozbawiony swojej zwykłej precyzyjnej pewności. Brzmiał teraz jak coś pomiędzy raportem a pożegnaniem.
Ciszę, która zapadła po odlocie Quinjeta, rozdarł nagły huk.
Tuż nad nią wylądował Tony.
Strumienie z jego repulsorów uderzyły w asfalt, wzbijając chmurę pyłu i drobnych odłamków. Powietrze zadrżało, a ziemia pod jej kolanami lekko się ugięła. Pancerz Iron Mana zaskrzypiał i jęknął przy lądowaniu, jakby nawet metal był zmęczony tym dniem. Systemy chłodzenia syczały cicho, a z kilku miejsc unosiły się cienkie smugi dymu.
Cindy nie podniosła wzroku. Patrzyła na swoje dłonie, które wciąż lekko drżały. Adrenalina, która jeszcze przed chwilą pozwalała jej ignorować ból i strach, zaczęła odpływać. Zostawiła po sobie zimno, ciężar w mięśniach i pustkę rozlewającą się gdzieś głęboko w środku.
Tony powoli zdjął maskę.
Mechanizm odsunął metalową osłonę z cichym kliknięciem, odsłaniając jego twarz. Była brudna od pyłu i sadzy, a pod oczami widać było głębokie, ciemne cienie. Jego włosy były wilgotne od potu, a spojrzenie zmęczone, przygaszone.
Nie było w nim już gniewu ani tej ostrej, kontrolowanej furii, z którą pojawił się tu wcześniej. Tamten Tony — pewny, zdecydowany, gotowy wymusić porządek — zniknął. Zastąpiło go coś znacznie cięższego.
Smutek.
Patrzył na nią długo, w milczeniu. W jego oczach mieszały się ból, rozczarowanie i coś jeszcze — cień uznania, niemal podziwu dla potęgi, którą przed chwilą pokazała, choć ta sama potęga właśnie pogłębiła przepaść między nimi.
— Mam nadzieję, że było warto, młoda — powiedział w końcu cicho.
Jego głos był zachrypnięty, pozbawiony zwykłego sarkazmu i ironii. Brzmiał tak, jakby każde słowo ważyło więcej, niż powinno.
Wyciągnął do niej rękę.
Metalowa rękawica błysnęła w szarym świetle dnia. Nie była wyciągnięta groźnie ani stanowczo. Nie była gestem zwycięzcy wobec pokonanego. Była to dłoń kogoś, kto mimo wszystkiego — mimo gniewu, strat i rozczarowania — wciąż chciał pomóc jej wstać.
Cindy podniosła wzrok. Najpierw spojrzała na jego rękę, potem na jego twarz.
— Nie miałam wyboru, Tony — szepnęła.
Jej głos zadrżał i załamał się na ostatnim słowie.
Tony zamknął oczy na krótką chwilę i westchnął ciężko. Dźwięk ten był pełen zmęczenia i czegoś na kształt bezsilności. Rozejrzał się wokół.
Lotnisko w Lipsku wyglądało jak pole bitwy. Rozbite fragmenty sprzętu, ślady po eksplozjach, porozrzucane elementy infrastruktury. Scott Lang, już w normalnym rozmiarze, leżał nieopodal, wyraźnie wyczerpany, pilnowany przez Rhodey’ego. Sam i Wanda stali obok, otoczeni przez funkcjonariuszy i służby, które zaczynały przejmować kontrolę nad sytuacją.
Drużyna, którą Tony tak długo próbował utrzymać razem, była rozbita. Fizycznie i emocjonalnie. Każdy stał po innej stronie czegoś, czego nie dało się już tak łatwo naprawić.
— I co teraz zrobimy? — zapytał cicho.
Nie było jasne, czy mówi do niej, czy do siebie. Jego spojrzenie powędrowało ku niebu, w miejsce, gdzie jeszcze niedawno znikał Quinjet — symbol wszystkiego, co kiedyś nazywali wspólnym domem.
Cindy zawahała się tylko przez chwilę, a potem chwyciła jego dłoń.
Metal był chłodny i twardy, ale uścisk stabilny. Gdy pomógł jej wstać, poczuła, jak świat wokół niej wraca do ostrości. Lotnisko w Lipsku, dźwięki syren w oddali, głosy ludzi, wiatr niosący zapach spalenizny.
Fizycznie była tutaj.
Ale emocjonalnie czuła się tak, jakby znajdowała się miliony kilometrów od wszystkiego, co znała i co jeszcze niedawno było jej rzeczywistością.
NIFTY milczał.
A świat — spokojny, zimny i nieubłagany — czekał na wyrok.
CZYTASZ
VENUS
AcciónDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
