|9|

8 1 1
                                        

Wieczór w bazie Avengers zapadł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Większość członków drużyny rozeszła się do swoich pomieszczeń, a korytarze wypełniła cisza przerywana jedynie cichym buczeniem systemów wentylacyjnych. W głównej sali operacyjnej pozostało tylko kilka osób.

Tony Stark siedział niedbale oparty o stół konferencyjny, trzymając w dłoni szklankę z bursztynowym płynem. Jego twarz, zwykle rozluźniona i pełna ironii, teraz była wyraźnie skupiona. Steve Rogers stał naprzeciwko niego, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby ważył każde słowo, które za chwilę miało paść. Wanda Maximoff siedziała nieco z boku, na krześle, z dłońmi splecionymi na kolanach. Obserwowała obu mężczyzn uważnie, wyczuwając napięcie, które wisiało w powietrzu.

- No dobrze - odezwał się w końcu Tony, przerywając ciszę. - Skoro zostaliśmy w kameralnym gronie, to może ktoś mi wytłumaczy, dlaczego córka Stephena Strange'a nagle znalazła się na mojej głowie.

- Nie na twojej - odpowiedział spokojnie Steve. - Na naszej.

Tony prychnął cicho.

- Ach tak, zapomniałem. Drużyna, odpowiedzialność, wspólne decyzje... - uniósł brew. - Tylko że mówimy o dziecku. O dziecku z mocami, których nawet ona sama nie rozumie.

Wanda poruszyła się niespokojnie.

- Rozumiem twoje obawy, Tony - wtrąciła cicho. - Ale... ona nie jest tylko „dzieckiem z mocami". Czułam to, gdy była obok mnie. Jej energia jest chaotyczna, ale bardzo silna. I... znajoma.

Tony spojrzał na nią uważniej.

- „Znajoma" to nie jest słowo, które mnie uspokaja.

- Mnie też nie było - przyznała Wanda bez wahania. - Kiedy odkryłam swoje zdolności, nikt nie pomógł mi ich zrozumieć. Gdyby wtedy ktoś mnie poprowadził... wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej.

Steve skinął głową.

- Właśnie dlatego zaproponowałem misję - powiedział stanowczo. - Niezbyt długą, niezbyt niebezpieczną. Chcę zobaczyć, jak Cindy reaguje w kontrolowanych warunkach. Nie na polu bitwy, ale w sytuacji wymagającej skupienia, współpracy i zaufania.

Tony odwrócił się plecami, podchodząc do panoramicznego okna.

- Steve, świat to nie harcerski obóz - powiedział po chwili ciszej. - Jeśli coś pójdzie nie tak, nie mówimy o stłuczonym kolanie.

- Wiem - odpowiedział Kapitan. - Dlatego będę z nią przez cały czas.

Zapadła chwila milczenia, którą przerwał spokojny, mechaniczny głos.

- Jeśli mogę wtrącić, panowie - odezwał się JARVIS. - Analiza danych wskazuje, że potencjał energetyczny Cindy Strange jest znacznie powyżej średniej dla istot z podobnymi zdolnościami.

Tony westchnął.

- Oczywiście, że jest. Wszechświat nie potrafi robić niczego na pół gwizdka.

- Co więcej - kontynuował JARVIS - brak odpowiedniego szkolenia może prowadzić do niekontrolowanych wyładowań mocy, szczególnie w sytuacjach stresowych.

Wanda uniosła wzrok.

- Czyli dokładnie to, czego chcemy uniknąć.

- Dokładnie - potwierdził Steve. - Misja nie jest po to, by ją sprawdzić. Jest po to, by nauczyć ją panować nad sobą.

Tony odwrócił się powoli.

- A jeśli przypomina kogoś jeszcze? - zapytał nagle, patrząc na Wandę. - Jeśli jej moce przyciągną uwagę... nie tych, których byśmy chcieli?

Wanda spuściła wzrok, ale po chwili podniosła go ponownie.

- Już przyciągają - powiedziała szczerze. - I właśnie dlatego nie możemy udawać, że to problem na później.

Steve podszedł bliżej stołu.

- Stephen Strange zaufał nam - powiedział. - Zostawił tu swoją córkę, bo wierzy, że ją ochronimy. Nie tylko przed światem, ale też przed nią samą.

Tony milczał przez dłuższą chwilę. W końcu odstawił szklankę i przetarł twarz dłonią.

- Nienawidzę, kiedy macie rację - mruknął. - Dobrze. Misja. Ale na moich warunkach.

Uniósł palec.

- Pełen monitoring. JARVIS, chcesz awans? Bo będziesz niańką numer dwa.

- Z przyjemnością, sir - odpowiedział JARVIS niemal z nutą rozbawienia.

Wanda pozwoliła sobie na delikatny uśmiech.

- Zajmę się jej szkoleniem - powiedziała. - Powoli. Bez presji.

Steve wyprostował się.

- W takim razie jesteśmy zgodni.

Tony spojrzał na nich oboje, po czym pokręcił głową.

- Świetnie. Kolejna potężna istota pod naszym dachem. Co może pójść nie tak?

Tym razem jednak w jego głosie nie było drwiny - raczej cicha troska, której nie zamierzał głośno przyznać.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz