|23|

4 0 0
                                        

Baza była surowa, zimna i pachniała starym betonem, kurzem oraz metalem, który przez lata nasiąkł wilgocią i zapachem paliwa lotniczego.

Powietrze było ciężkie, niemal nieruchome, jakby samo miejsce pamiętało zbyt wiele tajemnic i zbyt wiele walk. Światła pod sufitem świeciły chłodno i nierówno, a gdzieś w oddali pracowała wentylacja, wydając jednostajny, niski pomruk.

Cindy szła powoli przez ogromny hangar, a każdy jej krok odbijał się echem od wysokiego, stalowego sklepienia i wracał do niej z opóźnieniem, potęgując poczucie pustki.

— Akustyka pomieszczenia wskazuje na bardzo niską obecność personelu — odezwał się w jej uchu spokojny głos. — Statystycznie takie miejsca zwiększają poczucie izolacji o czterdzieści dwa procent.

Cindy westchnęła cicho.

— Dzięki, NIFTY. Dokładnie tego potrzebowałam.

Miała na sobie swój strój bojowy – ciemny, dopasowany, z fioletowymi akcentami, które zwykle delikatnie pulsowały energią. Teraz jednak wydawały się przygaszone, matowe, jakby odbijały jej nastrój. Materiał przylegał do skóry, chłodny i ciężki.

Ale nie to najbardziej jej przeszkadzało.

Najbardziej brakowało jej ciężaru na ramieniu.

Przez lata była do niego przyzwyczajona – niewielkiej, metalowej obecności, która cicho brzęczała, analizowała, komentowała i czasem żartowała.

— Rejestruję wzrost aktywności emocjonalnej — powiedział NIFTY łagodnie. — Czy mam uruchomić protokół rozpraszający?

— Nie.

— Mogę opowiedzieć dowcip.

— NIFTY.

— To był bardzo dobry dowcip.

Cindy zamknęła na chwilę oczy.

NIFTY, jej wierny robot-pomocnik, został zniszczony podczas ostatniej misji. Zostały tylko fragmenty i kopia systemu. Teraz jego obecność ograniczała się do głosu – cyfrowego szeptu w słuchawce.

Jak echo czegoś, co kiedyś było czymś więcej.

Jak echo domu, którego już nie miała.

— Parametry życiowe w normie, Cindy. Ale Twój poziom stresu sugeruje, że zaraz wybuchniesz — dodał spokojnie NIFTY.

Cindy przetarła twarz dłonią.

— Zamknij się, NIFTY — mruknęła cicho.

— Interpretuję to jako wyraz troski — odpowiedział bez wahania system.

W głębi hangaru czekał Steve.

Stał nieruchomo, wyprostowany, jak zawsze spokojny, ale napięcie było widoczne w jego ramionach. Obok niego znajdował się wysoki mężczyzna o zmęczonej twarzy, smutnych oczach i metalowym ramieniu, które odbijało zimne światło lamp.

Bucky Barnes.

Cindy poczuła lekki dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.

To o niego wybuchł cały konflikt.

O jego przeszłość.
O jego winy.
O jego kontrolę.
O jego wolność.

Steve zauważył ją pierwszy.

— Cindy, cieszę się, że dotarłaś — powiedział, podchodząc bliżej i kładąc jej dłoń na ramieniu. Gest był ciepły, ale ciężar sytuacji sprawiał, że nawet to wsparcie wydawało się przytłaczające. — Wszystko w porządku?

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz