Baza była surowa, zimna i pachniała starym betonem, kurzem oraz metalem, który przez lata nasiąkł wilgocią i zapachem paliwa lotniczego.
Powietrze było ciężkie, niemal nieruchome, jakby samo miejsce pamiętało zbyt wiele tajemnic i zbyt wiele walk. Światła pod sufitem świeciły chłodno i nierówno, a gdzieś w oddali pracowała wentylacja, wydając jednostajny, niski pomruk.
Cindy szła powoli przez ogromny hangar, a każdy jej krok odbijał się echem od wysokiego, stalowego sklepienia i wracał do niej z opóźnieniem, potęgując poczucie pustki.
— Akustyka pomieszczenia wskazuje na bardzo niską obecność personelu — odezwał się w jej uchu spokojny głos. — Statystycznie takie miejsca zwiększają poczucie izolacji o czterdzieści dwa procent.
Cindy westchnęła cicho.
— Dzięki, NIFTY. Dokładnie tego potrzebowałam.
Miała na sobie swój strój bojowy – ciemny, dopasowany, z fioletowymi akcentami, które zwykle delikatnie pulsowały energią. Teraz jednak wydawały się przygaszone, matowe, jakby odbijały jej nastrój. Materiał przylegał do skóry, chłodny i ciężki.
Ale nie to najbardziej jej przeszkadzało.
Najbardziej brakowało jej ciężaru na ramieniu.
Przez lata była do niego przyzwyczajona – niewielkiej, metalowej obecności, która cicho brzęczała, analizowała, komentowała i czasem żartowała.
— Rejestruję wzrost aktywności emocjonalnej — powiedział NIFTY łagodnie. — Czy mam uruchomić protokół rozpraszający?
— Nie.
— Mogę opowiedzieć dowcip.
— NIFTY.
— To był bardzo dobry dowcip.
Cindy zamknęła na chwilę oczy.
NIFTY, jej wierny robot-pomocnik, został zniszczony podczas ostatniej misji. Zostały tylko fragmenty i kopia systemu. Teraz jego obecność ograniczała się do głosu – cyfrowego szeptu w słuchawce.
Jak echo czegoś, co kiedyś było czymś więcej.
Jak echo domu, którego już nie miała.
— Parametry życiowe w normie, Cindy. Ale Twój poziom stresu sugeruje, że zaraz wybuchniesz — dodał spokojnie NIFTY.
Cindy przetarła twarz dłonią.
— Zamknij się, NIFTY — mruknęła cicho.
— Interpretuję to jako wyraz troski — odpowiedział bez wahania system.
W głębi hangaru czekał Steve.
Stał nieruchomo, wyprostowany, jak zawsze spokojny, ale napięcie było widoczne w jego ramionach. Obok niego znajdował się wysoki mężczyzna o zmęczonej twarzy, smutnych oczach i metalowym ramieniu, które odbijało zimne światło lamp.
Bucky Barnes.
Cindy poczuła lekki dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
To o niego wybuchł cały konflikt.
O jego przeszłość.
O jego winy.
O jego kontrolę.
O jego wolność.
Steve zauważył ją pierwszy.
— Cindy, cieszę się, że dotarłaś — powiedział, podchodząc bliżej i kładąc jej dłoń na ramieniu. Gest był ciepły, ale ciężar sytuacji sprawiał, że nawet to wsparcie wydawało się przytłaczające. — Wszystko w porządku?
CZYTASZ
VENUS
AkcjaDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
