|34|

4 1 0
                                        

Gdy w końcu zostali sami, ogromny salon Wieży Starka wydawał się jeszcze większy niż wcześniej. Szklane ściany odsłaniały nocny Nowy Jork — morze świateł, neonów i powoli przesuwających się w oddali samochodów. Miasto żyło własnym rytmem, jakby nic na świecie nie mogło go zatrzymać.

A jednak tutaj panowała cisza.

Cindy podeszła do szerokiego, niskiego parapetu i ostrożnie na nim usiadła. Peter zawahał się przez moment, po czym dołączył do niej, zostawiając niewielki dystans — taki, który nie był ani zbyt bliski, ani zbyt oficjalny.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.

Cindy wciąż trzymała pudełko od Pepper. Jej palce były zaciśnięte tak mocno, jakby to ono utrzymywało ją w teraźniejszości. Dopiero po kilku głębszych oddechach napięcie w jej ramionach zaczęło powoli ustępować.

— Ross nie przestanie, prawda? — zapytała cicho.

Nie spojrzała na Petera. Patrzyła w szybę, w swoje odbicie na tle rozświetlonego miasta.

— Mój tata zawsze mówił, że strach odbiera ludziom rozsądek… a ten człowiek żywi się strachem. Im bardziej ktoś się boi, tym mocniej naciska.

Peter przez chwilę milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią. Patrzył na jej profil oświetlony blaskiem miasta i księżyca. Wyglądała na zmęczoną. I bardzo samotną.

— Pewnie nie przestanie — powiedział w końcu spokojnie. — Ale nie jest jedyny.

Cindy lekko drgnęła.

— Masz Starka. Masz Pepper. I… — zawahał się na sekundę, po czym uśmiechnął się nieśmiało — masz mnie. A ja całkiem nieźle radzę sobie z ukrywaniem. Czasem nawet przed nauczycielami.

Kąciki ust Cindy uniosły się odrobinę.

— To mało pocieszające.

— Hej, raz siedziałem trzy godziny w szkolnej wentylacji. To wymaga poświęceń.

Tym razem jej uśmiech był wyraźniejszy.

Cisza między nimi przestała być ciężka. Stała się spokojna.

Po chwili Cindy westchnęła.

— Ja nawet nie wiem, jak wygląda normalne życie. Ostatnie miesiące to była tylko ucieczka. Ukrywanie się. Sprawdzanie drzwi. Nasłuchiwanie kroków.

Peter skinął głową.

— Rozumiem.

Spojrzała na niego zaskoczona.

— Kiedy dostałem moce, wszystko zmieniło się w jeden dzień. Nagle widziałem szybciej, słyszałem więcej, reagowałem szybciej. Na początku myślałem, że coś jest ze mną nie tak.

— Bałeś się?

— Najpierw byłem zdezorientowany. Potem zachwycony. A potem… przyszła odpowiedzialność.

Cindy przechyliła głowę.

— Odpowiedzialność?

Peter uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach pojawił się cień.

— Bo kiedy możesz coś zrobić… nie możesz już udawać, że nie widzisz problemów.

Przez chwilę oboje milczeli.

Po chwili Cindy uniosła rękę i poruszyła palcami w powietrzu. Między nimi pojawiły się drobne, fioletowe iskry, które zaczęły splatać się w wirujące, geometryczne wzory. Delikatna, pulsująca poświata odbijała się w szybie i na twarzy Petera, nadając całej chwili niemal nierealny charakter.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz