|43|

3 1 0
                                        

Dom Toomesa tętnił życiem.

Ciepłe światło lamp rozlewało się po salonie, mieszając się z dźwiękami rozmów, śmiechu i cichej muzyki płynącej z głośników. Zapach pieczonego indyka i przypraw unosił się w powietrzu, tworząc iluzję rodzinnej, spokojnej atmosfery.

Ale dla Cindy i Petera każdy dźwięk brzmiał jak fałszywa nuta.

Gdy tylko przekroczyli próg, oboje poczuli to samo — ciężar spojrzenia gospodarza. Nie było nachalne, nie było wrogie… ale było zbyt uważne. Zbyt świadome.

Cindy odruchowo dotknęła swojego ucha, upewniając się, że miniaturowa słuchawka – jedna z tych, które wykradła z laboratorium Starka – jest na swoim miejscu.

W jej uchu rozległ się cichy trzask.

— Test, test… Cindy, słyszysz? — wyszeptał Ned.

— Słyszę cię — odpowiedziała niemal bez poruszania ustami.

— Peter?

— Też słyszę — mruknął Peter. — Trzymajmy się planu.

— Wchodźcie, wchodźcie! — zawołał Toomes, wychodząc z kuchni.

W ręku trzymał duży nóż do mięsa, który błysnął w świetle lampy. Uśmiechał się szeroko, niemal serdecznie.

Niemal.

— Peter, pomóż mi w kuchni z indykiem. Panno Strange, salon czeka. Rozgość się.

Peter spojrzał na Cindy.

W jego oczach nie było wahania. Tylko czyste ostrzeżenie.

Nie ruszaj się stąd.

Otworzył usta.

— Cindy, jeśli coś—

Nie zdążył dokończyć.

Między nich wpadła Liz, promienna i roześmiana.

— Hej! Jesteście! — zawołała, chwytając Petera za ramię. — Myślałam, że już nie przyjdziecie! Peter, musisz spróbować ponczu. Cindy, chodź! MJ już siedzi przy stole i krytykuje dekoracje.

— Nie krytykuję, tylko oceniam — dobiegł z salonu głos MJ.

Liz roześmiała się i pociągnęła Petera w głąb domu.

— Chodź, Parker! Bez wymówek!

Peter rzucił Cindy ostatnie, błagalne spojrzenie, zanim zniknął za rogiem.

Cindy została sama w przedpokoju.

Na sekundę. Może dwie.

W słuchawce odezwał się stłumiony głos Neda.

— Cindy, słyszysz mnie?

— Tak. Mów.

— Siedzę przy nachosach. I… okej, to ważne. Patrz na szafkę w przedpokoju. Tą z wazonem.

— Widzę.

— Pod tym wazonem… to nie jest dekoracja.

Cindy powoli podeszła bliżej, udając, że poprawia torebkę.

Serce zamarło.

Metalowa konstrukcja. Miniaturowe skrzydła. Czujniki.

— To model drona V-99 — wyszeptał Ned. — Taki sam jak przy furgonetce. On trzyma prototypy… przy rodzinnych zdjęciach.

Cindy przełknęła ślinę.

— Widzę go, Ned.

— Peter jest w kuchni z nim.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz