|24|

4 0 0
                                        

Gorące powietrze falowało nad lotniskiem w Lipsku, tworząc drżące miraże nad szarym asfaltem.

Słońce odbijało się ostro od metalowych konstrukcji i pasów startowych, a jego refleksy przebijały się przez drobinki kurzu unoszące się w powietrzu, tworząc złociste, tańczące plamy światła.

Powietrze było ciężkie od ciepła, wilgoci i adrenaliny – napięcie wisiało w powietrzu jak mgła, niemal namacalne, przyspieszające każdy oddech, każdą reakcję.

Cindy stała w rozkroku, ramię w ramię ze Steve’em, a serce biło jej w piersi jak młot, przyspieszając z każdą sekundą.

Jej dłonie drżały lekko, a wokół nich zaczynała pulsować fioletowa energia, rozświetlając cień rzucany przez ogromne kontenery i hangary.

Każdy impuls mocy był niemal namacalny – powietrze gęstniało w promieniu jej zasięgu, drobinki kurzu wirując w pulsującym świetle, niczym miniaturowe gwiazdy w chaosie.

Nagle z hukiem wylądowała złoto-czerwona zbroja Iron Mana, a jej odrzutowe systemy wyrzuciły w powietrze wiry gorącego powietrza.

Mechaniczny, metaliczny dźwięk aktywacji systemów wstrząsnął podłożem i sprawił, że Cindy odskoczyła nieco w tył. Obok Tony’ego pojawił się Rhodey w masywnej, stalowo-szarej zbroi War Machine, a echo ich kroków na asfalcie odbijało się od hangarów.

— Wow, Steve. Naprawdę sprowadziłeś tu wszystkich? Nawet dziecko maga? — zaczął Tony, jego maska unosząc się, odsłaniając zmęczoną, zaciętą twarz. Jego spojrzenie wbiło się w Cindy. — Naprawdę, Cindy? Głos Rossa wciąż brzmi mi w uszach, a ty udowadniasz mu, że miał rację. Myślałem, że jesteś mądrzejsza.

Fioletowa energia wokół dłoni Cindy pulsowała, rozchodząc się w rytm gniewu i napięcia, jakby sama ziemia reagowała na jej emocje. Każdy jej oddech mieszał się z ciepłem bijącym od asfaltu i od powietrza wirującego wokół silników Iron Mana.

— Tony, przestań — odpowiedziała stanowczo, a jej głos był spokojny, ale nieugięty. — To ty przestałeś słuchać. Chcesz nas zamknąć w klatkach i nazywasz to bezpieczeństwem.

Steve wykonał krok do przodu, osłaniając Cindy ramieniem. Jego obecność była jak kotwica, która pozwalała jej choć odrobinę uspokoić myśli, podczas gdy adrenalina pulsowała w całym ciele.

— Tony, ten lekarz, psychiatra… on stoi za tym wszystkim. On wypuścił Bucky’ego. Musimy go powstrzymać, zanim dotrze do innych superżołnierzy — powiedział spokojnie, ale stanowczo Steve.

— Steve, ty po prostu nie potrafisz odpuścić — westchnął Tony, twarz stwardniała w nieprzeniknioną maskę determinacji. — Kończy mi się cierpliwość. Oddajcie Barnesa i podpiszcie papiery, albo to się źle skończy. Zwłaszcza dla niej.

Steve pokręcił głową. — Nie mogę tego zrobić.

— Dobra, miałeś szansę — mruknął Tony, a potem krzyknął w kierunku nieba: — UNDEROOS!

W jednej chwili coś przemykło nad ich głowami z prędkością, która sprawiała wrażenie, że czas zwalnia wokół ruchu tego kogoś. Czerwono-niebieska sylwetka Spider-Mana przecięła powietrze, przechwyciła tarczę Steve’a, owinęła mu dłonie siecią i wylądowała lekko na dachu technicznego vana. Każdy ruch był perfekcyjnie zsynchronizowany, elastyczny i dynamiczny, jak taniec akrobaty wśród ruin lotniska.

— Cześć wszystkim! — zawołał nowy przybysz, jego głos brzmiał lekko, radośnie, kompletnie kontrastując z napięciem w powietrzu. — O rety, ty jesteś Cindy Strange! Widziałem cię w wiadomościach! Twój strój jest ekstra, te fioletowe wstawki pasują do…

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz