|38|

4 1 0
                                        

Cindy wysiadła z czarnego audi, a chłodne, wilgotne powietrze Queens natychmiast uderzyło ją w twarz, wdzierając się pod kołnierz kurtki i wyrywając ją z dusznej, ciężkiej atmosfery panującej jeszcze chwilę temu w aucie Happiego. Przez krótką sekundę stała nieruchomo przy drzwiach, jakby potrzebowała tej nagłej zmiany temperatury, by wrócić do rzeczywistości.

W płucach poczuła ostre, zimne powietrze, które szczypało w gardło, a odgłosy porannego ruchu wokół szkoły — trzaskanie drzwi samochodów, rozmowy uczniów, skrzypienie plecaków i metalicznych szafek dobiegających z wnętrza budynku — brzmiały niemal zbyt głośno po napiętej ciszy poprzednich godzin.

Nie zdążyła nawet poprawić zsuwającego się z ramienia plecaka, gdy Peter wyrósł przed nią tak nagle, jakby pojawił się znikąd. Stał zbyt blisko, oddychając szybko, jak po biegu. Wyglądał, jakby nie spał całą noc — jego włosy były rozczochrane i sterczały w różnych kierunkach, pod oczami rysowały się cienie, a w jego spojrzeniu nie było nic poza czystą, nieukrywaną paniką.

— Cindy! Gdzie ty byłaś?! — wyrzucił z siebie bez tchu, chwytając ją za ramiona mocniej, niż zamierzał. — Byłem rano pod tą salą... Słyszałem głosy, słyszałem Toomesa! Co on ci zrobił? Dlaczego uciekłaś do Wieży?

Cindy poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, pozostawiając nieprzyjemne uczucie pustki i chłodu. Próbowała unieść kąciki ust w najbardziej niewinny, spokojny uśmiech, na jaki było ją stać, ale jej serce biło tak szybko, że miała wrażenie, iż Peter musi słyszeć jego rytm.

— Peter, spokojnie. Oddychaj — powiedziała cicho, starając się brzmieć opanowanie, choć sama łapała powietrze krótkimi, nierównymi oddechami.

— Spokojnie? Miałaś krew na twarzy! Widziałem! — Peter przysunął się jeszcze bliżej, niemal dotykając nosem jej policzka. Jego dłonie uniosły się instynktownie, a spojrzenie zaczęło gorączkowo przeszukiwać jej skórę. — Gdzie to jest? Przecież widziałem rozcięcie... Jak to możliwe, że...

Przecierał oczy, jakby jego własny wzrok go oszukiwał. Skóra Cindy była nieskazitelnie gładka, jasna i czysta, jakby nic nigdy jej nie dotknęło. Magia, która rano pulsowała pod jej skórą fioletem i chłodnym błękitem, wykonała swoją pracę perfekcyjnie — nie pozostał nawet cień po ranie, żadna blizna, żadne zaczerwienienie.

W tym samym momencie obok Petera pojawił się Ned, niemal podskakując z podekscytowania i wyglądając tak, jakby właśnie oglądał najlepszy film akcji na żywo.

— Cindy! Stary, Peter o mało nie wezwał Avengersów! — wypalił bez wstępu, poprawiając szelki swojego plecaka. — Biegał po korytarzu i powtarzał: „Ned, ona tam jest z Toomesem, słyszę metal!”. Myślałem, że zaraz wyważy drzwi z kopa, ale potem wybiegłaś i… puff! Zniknęłaś jak ninja!

Ned przysunął się jeszcze bliżej, wchodząc niemal w jej przestrzeń osobistą, a jego oczy błyszczały czystą, niepohamowaną ciekawością.

— Czekaj, Peter mówił, że masz dziurę w twarzy — zaczął, mrużąc oczy i analizując każdy milimetr jej policzka z naukową dokładnością. — Ale tu… tu nic nie ma. Czysto. Idealnie. Jak u niemowlaka. Cindy, czy ty używasz jakiegoś super-kremu od Starka? Bo jeśli to jakaś nanotechnologia do makijażu, to musisz mi powiedzieć, gdzie to kupić!

— Ned, to nie jest nanotechnologia — przerwał Peter cicho, nie odrywając wzroku od Cindy. — Widziałem krew. I widziałem fioletowe… coś. Jakby iskry.

Słowa zawisły w powietrzu ciężko i niepokojąco.

Ned nagle spoważniał. Jego oczy rozszerzyły się, a on rozejrzał się gwałtownie dookoła, sprawdzając, czy nikt nie stoi zbyt blisko. Następnie nachylił się do nich konspiracyjnie.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz