Cindy wysiadła z czarnego audi, a chłodne, wilgotne powietrze Queens natychmiast uderzyło ją w twarz, wdzierając się pod kołnierz kurtki i wyrywając ją z dusznej, ciężkiej atmosfery panującej jeszcze chwilę temu w aucie Happiego. Przez krótką sekundę stała nieruchomo przy drzwiach, jakby potrzebowała tej nagłej zmiany temperatury, by wrócić do rzeczywistości.
W płucach poczuła ostre, zimne powietrze, które szczypało w gardło, a odgłosy porannego ruchu wokół szkoły — trzaskanie drzwi samochodów, rozmowy uczniów, skrzypienie plecaków i metalicznych szafek dobiegających z wnętrza budynku — brzmiały niemal zbyt głośno po napiętej ciszy poprzednich godzin.
Nie zdążyła nawet poprawić zsuwającego się z ramienia plecaka, gdy Peter wyrósł przed nią tak nagle, jakby pojawił się znikąd. Stał zbyt blisko, oddychając szybko, jak po biegu. Wyglądał, jakby nie spał całą noc — jego włosy były rozczochrane i sterczały w różnych kierunkach, pod oczami rysowały się cienie, a w jego spojrzeniu nie było nic poza czystą, nieukrywaną paniką.
— Cindy! Gdzie ty byłaś?! — wyrzucił z siebie bez tchu, chwytając ją za ramiona mocniej, niż zamierzał. — Byłem rano pod tą salą... Słyszałem głosy, słyszałem Toomesa! Co on ci zrobił? Dlaczego uciekłaś do Wieży?
Cindy poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, pozostawiając nieprzyjemne uczucie pustki i chłodu. Próbowała unieść kąciki ust w najbardziej niewinny, spokojny uśmiech, na jaki było ją stać, ale jej serce biło tak szybko, że miała wrażenie, iż Peter musi słyszeć jego rytm.
— Peter, spokojnie. Oddychaj — powiedziała cicho, starając się brzmieć opanowanie, choć sama łapała powietrze krótkimi, nierównymi oddechami.
— Spokojnie? Miałaś krew na twarzy! Widziałem! — Peter przysunął się jeszcze bliżej, niemal dotykając nosem jej policzka. Jego dłonie uniosły się instynktownie, a spojrzenie zaczęło gorączkowo przeszukiwać jej skórę. — Gdzie to jest? Przecież widziałem rozcięcie... Jak to możliwe, że...
Przecierał oczy, jakby jego własny wzrok go oszukiwał. Skóra Cindy była nieskazitelnie gładka, jasna i czysta, jakby nic nigdy jej nie dotknęło. Magia, która rano pulsowała pod jej skórą fioletem i chłodnym błękitem, wykonała swoją pracę perfekcyjnie — nie pozostał nawet cień po ranie, żadna blizna, żadne zaczerwienienie.
W tym samym momencie obok Petera pojawił się Ned, niemal podskakując z podekscytowania i wyglądając tak, jakby właśnie oglądał najlepszy film akcji na żywo.
— Cindy! Stary, Peter o mało nie wezwał Avengersów! — wypalił bez wstępu, poprawiając szelki swojego plecaka. — Biegał po korytarzu i powtarzał: „Ned, ona tam jest z Toomesem, słyszę metal!”. Myślałem, że zaraz wyważy drzwi z kopa, ale potem wybiegłaś i… puff! Zniknęłaś jak ninja!
Ned przysunął się jeszcze bliżej, wchodząc niemal w jej przestrzeń osobistą, a jego oczy błyszczały czystą, niepohamowaną ciekawością.
— Czekaj, Peter mówił, że masz dziurę w twarzy — zaczął, mrużąc oczy i analizując każdy milimetr jej policzka z naukową dokładnością. — Ale tu… tu nic nie ma. Czysto. Idealnie. Jak u niemowlaka. Cindy, czy ty używasz jakiegoś super-kremu od Starka? Bo jeśli to jakaś nanotechnologia do makijażu, to musisz mi powiedzieć, gdzie to kupić!
— Ned, to nie jest nanotechnologia — przerwał Peter cicho, nie odrywając wzroku od Cindy. — Widziałem krew. I widziałem fioletowe… coś. Jakby iskry.
Słowa zawisły w powietrzu ciężko i niepokojąco.
Ned nagle spoważniał. Jego oczy rozszerzyły się, a on rozejrzał się gwałtownie dookoła, sprawdzając, czy nikt nie stoi zbyt blisko. Następnie nachylił się do nich konspiracyjnie.
CZYTASZ
VENUS
AkcjaDoctor Strange nie jest już chirurgiem ani nie jest niańką dla dzieci. A tajemnice zawsze były sławne wśród populacji ludzi a ta jedna dziewczyna, miała ich zbyt wiele. Szkoły zawsze były nudne i przeludnione ludźmi zbyt głupimi, zawsze znajdowano...
