|42|

4 1 0
                                        

Poranek przyszedł zbyt szybko — jakby noc została nagle przecięta nożem, bez łagodnego przejścia, bez chwili wytchnienia. Światło wpadające przez zasłony było ostre, chłodne, bezlitosne.

Cindy stała nieruchomo przed lustrem w swojej sypialni, trzymając dłonie po obu stronach umywalki, jakby potrzebowała czegoś, co utrzyma ją w miejscu. Przez dłuższą chwilę tylko patrzyła na swoje odbicie, jakby próbowała zobaczyć w nim kogoś innego.

Na łóżku leżała sukienka, którą wybrała na wieczór. Teraz miała ją na sobie. Materiał układał się idealnie, kolor pasował do jej cery, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno.

Wyglądała w niej tak… zwyczajnie. Jak dziewczyna przygotowująca się na szkolną imprezę. Jak ktoś, kto zastanawia się nad muzyką, przekąskami i tym, czy nie będzie niezręcznie przy pierwszym tańcu.

Nie jak ktoś, kto rozmawia z przestępcą. Nie jak ktoś, kto negocjuje swoją wolność. Nie jak ktoś, kto zastanawia się, czy następny błąd nie skończy się celą w więzieniu o zaostrzonym rygorze.

Przesunęła dłonią po materiale na biodrze, potem spojrzała na swoje ręce.
Skóra wyglądała normalnie.

Spokojnie. Ale pod powierzchnią czuła to znajome napięcie — jakby coś w niej czekało, gotowe w każdej chwili rozbłysnąć.

Kilka minut później drzwi windy zamknęły się z cichym sykiem. Cindy oparła się plecami o chłodną metalową ścianę i obserwowała, jak kolejne piętra zapalają się i gasną. Każde z nich przybliżało ją do wieczoru, którego wcale nie chciała przeżywać.

Na dole, przy krawężniku, stało czarne audi. Lakier odbijał poranne światło, a obok samochodu, z rękami w kieszeniach, czekał Peter.

Wyglądał, jakby całą noc nie spał. Pod jego oczami rysowały się delikatne cienie, włosy miał lekko rozczochrane, a koszula — choć starannie zapięta — wyglądała na założoną w pośpiechu. Mimo to, kiedy tylko ją zobaczył, jego twarz rozjaśnił szeroki, szczery uśmiech, jakby sama jej obecność wystarczyła, żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim innym.

— Wyglądasz… świetnie — wykrztusił, poprawiając kołnierzyk, jakby nagle uświadomił sobie, że sam też powinien wyglądać bardziej oficjalnie. — Naprawdę. Jakbyś wcale nie planowała wczoraj ucieczki przez okno w łazience.

Cindy parsknęła cicho. Śmiech był krótki, nerwowy, ale prawdziwy. Otworzyła drzwi i wsunęła się na tylne siedzenie.

Za kierownicą siedział już Happy. Rzucił im szybkie spojrzenie w lusterku wstecznym, po czym bez słowa ruszył. Silnik zamruczał cicho, a samochód włączył się w poranny ruch uliczny.

W środku panowała cisza. Nie ta spokojna, tylko ciężka, napięta, jak powietrze przed burzą. Peter co chwilę poprawiał pasek od zegarka, obracając go na nadgarstku, jakby nie mógł znaleźć dla rąk miejsca.

Cindy patrzyła przez okno na mijane ulice Queens — znajome sklepy, przystanki, ludzi idących do pracy, dzieci z plecakami. Wszystko wyglądało normalnie. Zwyczajnie. Jak świat, który nie ma pojęcia, jak bardzo coś zaraz może pójść nie tak.

Radio cicho grało w tle, ale nagle Happy je wyłączył. Kliknięcie było krótkie, stanowcze.

— Słuchajcie, dzieciaki — powiedział, nie odwracając się, jego głos był spokojny, ale poważny. — Stark kazał mi przekazać, że monitoruje okolicę. Jeśli cokolwiek… cokolwiek wyda wam się podejrzane, naciskacie ten przycisk na breloku, który dałem Peterowi. Nie bawicie się w bohaterów. Jasne?

— Tak, Happy — odpowiedzieli niemal jednocześnie.

Cindy poczuła, jak jej palce lekko drżą. Spojrzała na dłonie. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że pod skórą przebiega słaby, fioletowy puls — jak światło próbujące przebić się na powierzchnię.

Samochód zatrzymał się przed domem Liz.

Cindy poczuła, jak jej żołądek powoli zaciska się w twardy supeł.

Dom był duży, zadbany, oświetlony ciepłym, przyjaznym światłem. Z ogrodu dobiegała muzyka, śmiechy, odgłosy rozmów. Ktoś właśnie głośno zawołał czyjeś imię, ktoś inny się roześmiał. Przez okna było widać sylwetki poruszające się w środku.

To wszystko wyglądało tak normalnie, tak bezpiecznie, że aż bolało.

Wysiedli z samochodu. Chłodne powietrze wieczoru dotknęło jej twarzy. Peter spojrzał na nią na moment, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko skinął głową.

Podeszli do drzwi. Przez krótką chwilę Peter zawahał się — dosłownie ułamek sekundy — po czym nacisnął dzwonek.

Cindy wzięła głęboki wdech. W jej torebce Nifty zadrżał delikatnie, prawie niezauważalnie, jak małe urządzenie reagujące na pole elektryczne. Albo na zagrożenie.

Drzwi otworzyły się powoli.

W progu stanął Adrian Toomes.

Nie miał na sobie zbroi. Nie było skrzydeł, maski, żadnej z rzeczy, które czyniły go potworem z nagrań i raportów. Miał na sobie zwykły kuchenny fartuch, lekko poplamiony sosem, a w ręku trzymał duży nóż do mięsa, którym najwyraźniej jeszcze przed chwilą kroił indyka.

— Aaa, nasi ulubieni uczniowie! — zawołał pogodnie.

Jego uśmiech był szeroki. Gościnny. Ciepły.

I absolutnie przerażający.

— Peter, miło cię widzieć. I panno Strange…

Jego spojrzenie przesunęło się na twarz Cindy. Zatrzymało się dokładnie tam, gdzie jeszcze rano była rana. Teraz nie było po niej śladu.

— Widzę, że skóra zagoiła się idealnie. Czysta magia, prawda?

Obok niej Peter nagle zesztywniał. Cindy poczuła, jak napięcie w jego ramieniu wzrasta, jakby w każdej chwili był gotów zareagować.

Toomes otworzył drzwi szerzej i cofnął się, robiąc im miejsce.

— Wchodźcie, wchodźcie. Liz nie mogła się doczekać.

Wnętrze domu było jasne, ciepłe, pachniało jedzeniem i świeżym powietrzem z ogrodu. Słychać było muzykę, rozmowy i dźwięk szkła. Gdzieś w tle ktoś się śmiał, ktoś inny głośno opowiadał historię, a całość tworzyła obraz zwykłego, beztroskiego wieczoru.

Toomes zatrzymał się jednak przy nich jeszcze na moment.

— Ale zanim dołączycie do reszty… Peter, pomógłbyś mi z czymś w kuchni?

Jego ton był uprzejmy, niemal ojcowski. Jakby naprawdę chodziło tylko o przeniesienie talerzy czy sprawdzenie piekarnika.

Potem jego spojrzenie przesunęło się na Cindy.

— A ty, Cindy, myślę, że Liz przyda się twoja pomoc w salonie. Musimy dbać o naszych gości, żeby czuli się jak w domu.

Uśmiech nie zniknął z jego twarzy. — Albo… jak w bezpiecznym azylu. Mrugnął do niej.

I w tym jednym, krótkim geście nie było nic przyjaznego. Cindy poczuła chłód przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Wiedziała, że to nie jest uprzejma sugestia.

To nie była prośba.

To było polecenie.

I przypomnienie.

O ich umowie.

„Bądź grzeczna… albo Ross tu będzie.”

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz