|36|

3 1 0
                                        

Drzwi sali zatrzasnęły się nagle z przeraźliwym, metalicznym trzaskiem, który odbił się od pustych, chłodnych ścian, wypełniając przestrzeń echem jakby samą grozą. Cindy nie zdążyła nawet wykonać kroku, gdy poczuła nagle ciężar zimnego metalu zaciskającego się na jej nadgarstkach. W jednej chwili była przykuta do krzesła, całkowicie bezbronna, a nad nią stał Adrian Toomes, uśmiechając się w sposób, który nie miał nic wspólnego z sympatią ani troską nauczyciela.

— Aaa, droga Cindy… — wysyczał Toomes gardłowo, patrząc na nią z pobłażaniem. — Bez magicznych sztuczek, proszę. Ten stop, w którym teraz siedzisz… Twój ojciec pewnie nigdy o nim nie słyszał. Absorbuje energię, zanim zdążysz o niej pomyśleć.

Cindy wstrzymała oddech, a jej głos zabrzmiał drżąco, mimo że próbowała zachować odwagę:

— Co pan robi? — wyszeptała niemal w panice. — Pan jest nauczycielem! Panem od matematyki! Ojcem Liz! Czy pan… zwariował?

Toomes zatrzymał się nagle, nachylając się tak blisko, że Cindy poczuła w nozdrzach mieszankę smaru i ostrej, starej kawy.

— Nauczycielem? — zaśmiał się gardłowo, a jego głos miał w sobie coś z dzikiej satysfakcji. — To tylko rola, dziecko. Przykrywka, by być blisko tych, którzy uważają, że rządzą tym miastem. Jeszcze nie powiem ci, kim naprawdę jestem, ale powiedzmy, że znasz już moją córkę. Liz cię polubiła. Widzę to w jej oczach. Jesteś dla niej nową, fascynującą koleżanką. Szkoda by było, gdyby dowiedziała się, kogo naprawdę ma w szkole.

Cindy poczuła, jak żołądek zaciska się w supeł. Jej umysł wypełnił się falą paniki.

— Co jeśli Liz dowie się, co pan teraz robi? — wyszeptała, czując, że jej głos zaczyna się łamać. — Jeśli jej powiem…?

Nagłe, błyskawiczne uderzenie w policzek sprawiło, że jej głowa odskoczyła w bok, a w ustach poczuła smak krwi.

— Nie mieszaj w to mojej córki! — syknął Toomes, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie czystej nienawiści. — Liz jest czysta. Liz jest wszystkim, co mi zostało po tym, jak twój „kochany mentor”, ten hipokryta Tony Stark, zniszczył moje życie.

Wyprostował się gwałtownie i zaczął krążyć po sali, gestykulując w sposób pełen frustracji i gniewu.

— Miałem uczciwy kontrakt. Normalną pracę. Sprzątaliśmy po kosmitach, dawaliśmy ludziom chleb, zapewnialiśmy bezpieczeństwo. A potem pojawił się on… Departament Kontroli Szkód. Urzędnicy Starka wtargnęli na mój teren jak panowie świata i oznajmili: „Wynocha! Teraz my tu rządzimy”. Zostawili mnie z długami, toną technologii, której nie mogłem sprzedać legalnie, i rodziną, która nie miała co jeść. Stark zarabia miliardy na sprzedaży broni, która niszczy miasta, a potem zakłada fundację, żeby… zarabiać na sprzątaniu tych zgliszcz! Rozumiesz to, Cindy? On tworzy bałagan, a potem każdemu każe płacić za jego sprzątanie!

Cindy patrzyła na niego z przerażeniem, jej serce waliło jak młot, gdy Toomes podszedł do okna i zaczął mówić jeszcze szybciej, jakby nie mogąc powstrzymać fali słów.

— Musiałem stać się kimś innym, by przeżyć. Ukradłem ich technologię. Przerobiłem ją. Teraz ja dyktuję warunki na czarnym rynku. A ty… ty jesteś moim asem w rękawie. Znam twój sekret, panno Strange. Wiem o Niemczech. Wiem o ucieczce z Raft. Sekretarz Ross dałby fortunę, żeby dowiedzieć się, że jedna z uciekinierek ukrywa się pod skrzydłami Starka.

— Dlaczego mi pan to mówi? — wyszeptała Cindy, starając się nie drżeć całkowicie. — Czego pan ode mnie chce?

Toomes podszedł bliżej, chwycił ją za podbródek i zmusił, by spojrzała mu prosto w oczy.

— Chcę układu — powiedział spokojnie, a jego ton był zimny jak stal. — Twoje milczenie w zamian za to, że Ross nigdy nie dowie się o tobie. Będziesz grzeczną dziewczynką. Będziesz koleżanką Liz. Będziesz trzymać swoje magiczne zdolności z dala od moich spraw. Jeśli powiesz choć słowo Starkowi albo temu dzieciakowi, Parkerowi… wtedy przypomnę ci, jak smakuje Raft. To nasze ostateczne ostrzeżenie.

W tym samym momencie Peter, ogarnięty dziwnym niepokojem, wrócił na korytarz pod salę. Przyłożył ucho do drzwi, nasłuchując.

— …układ albo Ross cię znajdzie… — usłyszał stłumiony głos Toomesa. — …zemsta na Starku…

Zanim zdążył nacisnąć klamkę, usłyszał kroki woźnego na końcu korytarza. Przeklinając pod nosem, musiał się wycofać, nie mając pojęcia, że w środku rozgrywa się dramat, który mógł odmienić wszystko.

Cindy poczuła nagły puls fioletowej energii w swoich żyłach, walczącej z metalem na nadgarstkach. Toomes odwrócił się, zbierając swoje teczki. To była jej jedyna szansa.

Zamknęła oczy, wstrzymując oddech i skupiając całą nienawiść, strach i frustrację na jednym punkcie. Magia, czysta, dzika i nieokiełznana, wystrzeliła z jej dłoni. Iskry przeskoczyły w powietrzu, a Toomes, nieświadomy nadchodzącej siły, poczuł potężny impuls energii, który wyrzucił go na ścianę. Osunął się na podłogę, tracąc przytomność.

Przerażona tym, co zrobiła, Cindy zerwała osłabione więzy i wybiegła z sali. Biegła korytarzem, nie oglądając się za siebie, aż dotarła do małej kanciapy na końcu szkolnego skrzydła. Skuliła się tam, drżąc całym ciałem. Nagle poczuła czyiś delikatny dotyk.

— Cindy? — to była Liz. Wyglądała na przestraszoną i zmartwioną. — Dlaczego nie było cię na biologii? Peter o mało nie oszalał ze strachu. Hej… co to masz na twarzy?

Cindy dotknęła policzka, czując pieczenie i smak krwi.

— Ja… podknęłam się… O własne nogi… jak biegłam do klasy — skłamała szybko, a serce waliło jej w piersi tak, że miała wrażenie, że każdy łomot słychać w całym korytarzu.

Liz westchnęła, podając jej kopertę.

— Mam nadzieję, że przyjdziesz. To zaproszenie na moje urodziny. Chłopaki też będą. Proszę… bądź tam.

Kiedy Liz odeszła, Cindy poczuła, jak strach ją paraliżuje. Pod jej stopami, w wyniku stresu i napięcia, otworzył się mały, pomarańczowy portal. Zamarła, modląc się, by Ross nigdy nie wyczuł jej obecności. Gdy w końcu dotarła do swojego pokoju w Wieży, całym jej umysłem targnęło jedno pytanie: jak ukryć ślad na twarzy przed Pepper i Starkiem, zanim ktokolwiek zauważy ranę.

VENUSOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz