Hope
Nate zaczął się do mnie zbliżać w niebezpiecznym tempie. Czułam jak każdym fragmentem mojego ciała wstrząsnął dreszcz tak silny, że nie byłam w stanie ruszyć się chociażby o milimetr. Bałam się po raz pierwszy w życiu bałam się tego co miało właśnie nadejść.
Przez ostatni czas moje życie wyglądało jak jeden wielki rollecoster emocjonalny, którego łaknęłam każdego dnia. Byłam przyzwyczajona do cierpienia, które wyniszczało mnie każdego dnia kawałek po kawałku. To dzięki niemu zapomniałam jakie to jest uczucie i z jakimi konsekwencjami się mierzy. Nie chciałam znowu tego czuć, chciałam być szczęśliwa i wolna tak jak byłam przy nim. Lecz jak zawsze wszystko po psułam. To ja byłam złym charakterem naszej historii, to ja zniszczyłam Justina, rodzinę a na końcu jego. Nie zasłużyłam na wybaczenie, nie zasłużyłam, żeby w sposób normlany funkcjonować, nie kiedy siałam za sobą takie spustoszenie.
-Co teraz ze mną uczynisz ? – zapytałam, obawiając się jego odpowiedzi.
Złapał mnie za podbródek jak to miał w zwyczaju robić. Poczułam jak ciało momentalnie się rozluźnia pomimo tego, że powinno w tym momencie reagować w zupełnie inny sposób. Choćbym bardzo chciała nie potrafiłam się oszukiwać. Ja, ciało, moja dusza wszystko należało do niego i nie ważne co uczyni zawsze tak już będzie.
-Zamierzałem cię zabić – powiedział pewnie.
W jego spojrzeniu widziałam tylko mrok, który z każdą kolejną chwilą coraz bardziej go pochłaniał. Nie był już moim Nate'em. Uczyniłam z niego potwora, który bez skrupułów podobnie jak jego matka, byłby zdolny do wszystkiego. Poczułam jak cała zaczynam się spinać. Wyczekiwałam niecierpliwe, aż dokończy swoją wypowiedz, ale on jedynie czekał. Delektował się moim przerażeniem. Oczekiwał tego bólu w moich oczach, tylko to napędzało go do działania.
-Ale nie uczynię tego – dopowiedział wreszcie – To byłoby zbyt proste i zbyt oczywiste – wyczułam, że nagle zaczął się uśmiechać – Gdybym to zrobił, nie odbyłabyś żadnej kary, nie odczułabyś tego jaki ból przez ciebie musiałem dźwigać na swoich barkach przez tak długi czas.
-Nate...
Chciałam, żeby mnie wysłuchał, żeby postarał się choć w małym stopniu mnie zrozumieć. Musiał wiedzieć, że to wszystko, nie wydarzyło się jedynie z moich czystych pobudek, a że zostałam do tego zmuszona. Nie uczyniłabym tego. Kochałam jego brata, ale to nic w porównaniu z tym jakim uczuciem darzyłam jego.
Człowiek uświadamia, sobie pewne rzeczy dopiero w obliczu końca. W momencie, kiedy już jest za późno, żeby cokolwiek uratować. Wtedy dopiero widzi, jak ważne są dla niego pewne aspekty i jak smutne i ponure by było życie, bez ich udziału. Nate był całym moim światem. Największa motywacją. Promyczkiem, który podążył za mną w ciemność, aby mnie uratować.
-Największą karą, będzie dla ciebie żyć w świadomości, że osobą którą podobno kochasz. Nienawidzi cię tak bardzo, że nie może nawet na ciebie patrzeć, bez możliwości odruchu wymiotnego. Gardzę tobą Hope i wszystkim co z tobą jest związane. Co do pewnych kwestii miałaś rację. Jesteś potworem, który nie ma prawa stąpać po tej ziemi. I podobnym sobie uczyniłaś mnie, więc mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna.
Łzy kaskadami zaczęły spływać po moich policzkach, a moim ciałem wstrząsnął niepohamowany dreszcz. Zaczęłam dławić się własnymi łzami. Nie potrafiłam pogodzić się z tym co właśnie miało nadejść. On chciał odejść, po tym wszystkim co razem przeszliśmy chciał mnie zostawić. Zresztą czego mogłam się spodziewać w obliczu sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Nienawidziłam się tak bardzo, pragnęłam umrzeć, zatopić się w otchłani ciemności i nigdy już nie wracać.
W jednym Nate miał rację. Śmierć byłaby dla mnie nagrodą, pozwoliłaby w szybki sposób zakończyć ból i niechęć jaką siebie darzyłam. A w ten sposób będę umierać, ale ponownie od środka wyniszczając się kawałek po kawałku.
-Żegnaj Hope.
Postawił jeden krok, a później kolejny, aż wreszcie całkowicie zniknął za skrzypiącymi drzwiami. Nie miałam siły się podnieść, nie miałam siły wypowiedzieć chociażby słowa. Czułam, że się rozpadam, że moje serce zostało w tym momencie zmiażdżone na milion kawałków bez możliwości ratunku.
Tak właśnie wyglądał mój koniec.
Nie był głośny, ani spektakularny.
Był cichy jak śmierć, która skrada się w środku nocy i odbiera wszystko, zanim zdążysz się zorientować.
Poległam.
Po raz kolejny.
Ale tym razem nie było już nikogo, kto mógłby mnie podnieść. Zostałam tylko ja i echo jego słów. Nie miałam siły krzyczeć, nie miałam nawet siły oddychać. Rozdzierający ból palił moje płuca, przypominając, że to wszystko stało się naprawdę, że on odszedł.
Bo los nas połączył, a od niego nie było już ucieczki. Złączył nasze dusze w sposób, którego żadne słowo, żadne przeprosiny, żaden czas nie mógłby rozdzielić.
Byliśmy jak ogień i popiół - jedno rodziło się z drugiego, by ostatecznie spłonąć razem. I pomimo, że on mnie nienawidził ja go dalej kochałam. I pozwoliłabym, jeszcze raz wszystkiemu zapłonąć, byle choć na chwilę zobaczyć uśmiech na jego pięknej twarzy.
***
Hejka,
Został nam już tylko epilog, który pojawi się jeszcze dzisiaj.
Plan na zakończenie był zupełnie inny, ale nie mogłam go skończyć w taki sposób pomimo, że książka miała się skończyć zupełnie inaczej to po prostu się tak nie dało. Nie wiem czemu nagle zmieniłam zdanie, które wiernie utrzymywałam przez ponad 2 lata, ale najwidoczniej tak musiało być.
Trzymajcie się
Wasz XYZ
Ps: Będę za wami tęsknić
CZYTASZ
The Miracle Of Hell
RomanceŻycie lubi nas zaskakiwać w najmniej oczekiwanym momencie. Zazwyczaj krzyżuje nasze drogi umyślnie, mając określony na nas szczegółowy plan. Często nie zdajemy sobie sprawy, że nić podobieństwa potrafi zaważyć nad naszym losem jeszcze w momencie poz...
