43. Human wreck

499 14 15
                                        

Nate

Dzień Koncertu

Schodząc ze sceny czułem ogromną dumę. Zrobiła to. Udało jej się bez żadnych zahamowań. Czułem, że razem jesteśmy w stanie zrobić wszystko, że nie ma dla nas już rzeczy nie możliwych. Pomogliśmy sobie nawzajem. Ona uleczyła mnie w pewnym stopniu a ja ją. To wszystko wydawało się tak bardzo nierealne żeby było prawdziwe.

Chwyciłem ręką po telefon, który znajdował się przy sprzęcie do nagłośnienia, a następnie podniosłem go na wysokość wzroku. Wiadomość od nieznajomego numeru jako pierwsza rzuciła mi się w oczy. Zdezorientowany odblokowałem telefon i zacząłem czytać treść wiadomości. Nagle poczułem jakby cały świat się zatrzymał. Kołysałem się na chwiejnych nogach. Odczuwałem wrażenie jakby ktoś w tym momencie podłożył mi jakiś narkotyk. Poczucie bezsilności, gniewu i rozczarowania zaczęło opętywać moje ciało.

Nie mogłem uwierzyć w to co właśnie przeczytałem. To nie mogła być do cholery prawda. Jaka istniała szansa, że nasze historię aż tak zbiegną się w całość.

Mój promyczek...

Moje szczęście...

Kurwa...

Wplotłem palce w włosy mocno za nie ciągnąc. Nie mogłem się uspokoić z każdą chwilą złapanie oddechu wydawało się praktycznie nie możliwe. Nie wiele myśląc wybrałem anonimowy numer starając się nawiązać kontakt. Od razu zostałem rozłączony. Żadnych dokładnych informacji, żadnego tłumaczenia jedynie zlepek kilka słów, który uświadamiał mi wszystko. Teraz wreszcie rozumiałem. W końcu zdawałem sobie sprawę dlaczego akurat ona zwróciła moją uwagę. Przypominała mi go, chociaż różniła się tak bardzo. Zdesperowany rzuciłem telefonem o podłogę, który rozsypał się w drobny mak.

Czułem się jakbym tonął bez możliwości ratunku, jakby woda opatuliła całe moje ciało zapraszając cicho w otchłań głębiny. Wkurwiony opuściłem backstage, a następnie budynek w którym odbywał się koncert. Hope za pewne została w środku, ale w tym momencie już nic nie miało dla mnie znaczenia. Nie obchodził mnie jej los, nie po tym czego się dowiedziałem.


3 dni później

Siedziałem od trzech dni u Jamesa, zapijając smutki w alkoholu. Nie powiedziałem mu czego się dowiedziałem. Co więcej odkąd się u niego pojawiłem nie wypowiedziałem nawet słowa. Czułem, że z każdym dniem zataczam się coraz bardziej, bez braku możliwości ratunku. Zresztą nie chciałem go, nie potrzebowałem pomocy. Świetnie sam sobie radziłem z obecnym stanem wydarzeń.

Nie miałem również pojęcia co się stało z Hope. Z Nowego Yorku wróciłem sam, zostawiając ją tam na pastwę losu. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego pomimo tego, że moja dusza w dalszym ciągu wyrywała się w jej kierunku. Nie wiedziałem co w tym momencie było gorsze fakt, że zrobiła to osoba którą kocham, czy fakt, że dotyczyło to mojego brata. Zniszczyła nie tylko mnie, ale całą moją rodzinę bez wahania. Miała rację była potworem, okrutnym, bezwzględnym, podłym a mimo wszystko pokochałem ją bardziej, niż kogokolwiek na tym świecie.


Tydzień później

Mój paranoiczny śmiech roznosił się od ścian pomieszczenia. Sam dokładnie nie wiedziałem gdzie jestem. Cały świat zaczął szukać Pierdolonego Nate'a Walkera, który zniknął w nieznanych okolicznościach. Nie mieli kogo szukać, bo ten mężczyzna od dawna już nie istniał. Ona go zniszczyła tak samo jak niszczyła wszystkich, którzy stawali na jej drodze.

Złapałem za woreczek ulubionego przysmaku i brudnymi rękami rozsmarowałem go sobie na języku. Słodka trucizna zaczęła powodować ukojenie. Działała, krótko, ale wystarczająco, żeby chociaż na chwilę zapomnieć i pójść spać. Co noc atakowały mnie koszmary, których nie byłem w stanie przezwyciężyć. Czułem się wrakiem i wrakiem też byłem. Nie przypominałem choćby w małym stopniu siebie jeszcze z przed tygodnia.

The Miracle Of HellOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz