Spalone mosty

117 15 13
                                        


Było zimno. Cholernie zimno.

Wtuliłam się głębiej w koc, siedząc na parapecie i patrząc na deszcz, który od rana bębnił o szybę. Był wtorek, co znaczyło, że minęły cztery dni od naszego spotkania w studio. Cztery jebane dni, które spędziłam głównie w domu, udając, że jestem chora, bo nie mogłam znieść myśli o pracy.

Bałam się tam iść.

Bałam się, że gdy tylko przekroczę próg, przypomnę sobie wszystko, co działo się te kilka dni temu, uświadamiając sobie to, jak łatwo się łamię, wpuszczając go do mojego życia już któryś raz.

Oczywiście przez te dni Krystian nie odezwał się nawet słowem. Nie dzwonił, nie pisał. Przyszedł, zrobił zamieszanie, zaspokoił ego i wrócił do swojego świata, a odszedł, zabierając ze sobą nadzieję i zostawiając mnie z popiołem.

Westchnęłam, odkładając kubek z herbatą na parapet. Spojrzałam na deszcz i próbowałam skupić się na prostej prawdzie.

Życie bez niego było prostsze.

I właśnie wtedy, gdy próbowałam się do tego przekonać, usłyszałam cichy stuk.

Zmarszczyłam brwi, ale odsunęłam się od okna i podeszłam do drzwi.

Cisza.

Ostrożnie otworzyłam drzwi i spojrzałam na wycieraczkę, zauważając bukiet narcyzów z przyczepianą do niego czarną karteczką.

Było to standardowe Krystianowe zagranie, jednak kącik moich ust poszybował lekko do góry, wyginając się w uśmiechu.

Podniosłam żółte kwiaty i zamknęłam drzwi, by zaraz stawić je do wazonu i postawić na blacie w kuchni.

Narcyzy.

Kwiaty, które same w sobie symbolizowały próżność i egocentryzm.

Kwiaty, które tak bardzo pasowały do niego...

Odetchnęłam głęboko, a ich słodki, niemal duszący zapach wypełnił moją kuchnię.

Narcyzy.

Wybrał je celowo.

Wiedział, że zrozumiem ten podtekst. On zawsze bawił się symbolami, jakby proste słowa były dla niego zbyt banalne lub zbyt mało bolesne.

Wyciągnęłam drżącą dłonią czarną karteczkę. Była sztywna, pachniała tytoniem i tymi ciężkimi, skórzanymi perfumami, które zawsze zostawały na mojej skórze jeszcze długo po tym, jak on wychodził.

Spojrzałam na pismo. Było gwałtowne, a litery niemal przebijały papier na wylot.

Na klatce zostawię Ci serce,
Na wycieraczce, to może je weź.
Może je zdepczesz, roztrzaskasz na ręce,
Może wyrzucisz, jak wszystko, co złe.

Ja ciągle psuję to, czego dotykam,
nawet gdy próbuję być kimś.
Dlatego zostawiam je obok narcyzów,
one przynajmniej wiedzą, jak żyć.

Wiem, że chcesz mnie nienawidzić. Ja też siebie nienawidzę. Spotkajmy się proszę o 23 pod blokiem ~ K

Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie, który wskazywał godzinę 22:27.

Czas nieubłaganie uciekał, a każda sekunda tykała mi w skroniach jak ostrzeżenie.

22:28

Miałam niewiele ponad pół godziny, by zdecydować, czy chcę po raz kolejny wejść w ten ogień...

W końcu po kilku minutach kręcenia się po mieszkaniu, zatrzymałam się i włożyłam
czarną bluzę, naciągając kaptur nisko na oczy. Chciałam zniknąć, ale jednocześnie moje ciało niemal samo niosło mnie w stronę drzwi.

Spalone Mosty/ChivasOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz