Dwa lata 1/3

110 17 5
                                        


Minęły dwa lata. Dwa jebane lata, które trwały jak pięć. Dwa jebane lata, odkąd widziałam go po raz ostatni.

Nie wiedziałam czym się zajmował. Czy wypuścił tamtą płytę, o której gadaliśmy? A może udało mu się już wydać kolejną?

Nie śledziłam jego twórczości.

Tak w zasadzie nie używałam żadnych platform, na których mogłabym go zobaczyć.

W ciągu 487 dni zdążyłam się zmienić. Mimo, że dalej byłam właścicielką salonu tatuażu w Łodzi, teraz tym miejscem zarządzała inna osoba, a ja spełniałam się w zupełnie innej pracy.

Jakoś nie potrafiłam tam wrócić. Zapach tuszu, dezynfekcji i dźwięk maszynek zbyt mocno kojarzyły mi się z życiem, które musiało umrzeć. Zostawiłam salon w dobrych rękach, a pieniądze, które regularnie wpływały na moje konto, pozwalały mi na przyjemne życie.

Pieniędzy z szafki nie tknęłam. Każdy plik banknotów leżał w tym samym miejscu, nietknięty, pokryty średniej wielkości warstwą kurzu, przypominając mi o czasie, w którym byłam dwa lata młodsza.

Przez ten czas również rozwinęłam niektóre relacje, a moja nowa codzienność nie była już samotnią, choć tak ją sobie na początku wyobrażałam.

W pracy poznałam wielu ludzi, którzy nie mieli pojęcia o mojej przeszłości w Łodzi, o zapachu tuszu do tatuażu zmieszanym z dymem papierosowym, czy o niebieskich oczach, które kiedyś były całym moim światem.

Rozwinęłam również relacje z Kinnym, który od tego czasu stał się wręcz moją przyjaciółką i odbudowałam przyjaźń z Zuzią, jednak nie była ona już na takim etapie, jak kilka lat wcześniej.

Moje nowe życie miało strukturę, której tak bardzo potrzebowałam. Codziennie rano, tuż po ósmej, wchodziłam do niewielkiego budynku i zamykałam się w jednym z wygłuszonych pokoi, zakładając na głowę słuchawki, które oddzielały mnie od świata zewnętrznego.

Zamiast brudnych rękawiczek i maszynek do tatuażu, moje dłonie codziennie dotykały teraz gładkiej klawiatury różowego iMaca, czasami sięgając po iqosa lub zwykłego papierosa. Stałam się producentką, tworzyłam fundamenty, na których inni budowali swoją sławę. Byłam cieniem w świecie dźwięków i cholernie mi to odpowiadało.

Tym razem, w pewien styczniowy poranek, zamknęłam się w studio, pracując nad bitem dla Sobla. Poprawiałam właśnie basy i czyściłam wokal, gdy do pomieszczenia wpadła Zuza.

-Boże, Milka, powiedz, że masz czas dzisiaj wieczorem. -wydyszała, łapiąc mnie za ramię.

Ściągnęłam słuchawki z jednego ucha i zapauzowałam piosenkę, odwracając się w jej stronę na obrotowym krześle.

-Mam, a co się dzieje?

-Mój kolega będzie miał koncert, a DJ mu się wysypał i tak pomyślałam, że mogłabyś wpaść na jego miejsce. Zarobisz z tego fajną sumkę.

-Jak to twój kolega to chętnie mu pomogę za free. -uśmiechnęłam się, już całkowicie ściągając słuchawki.

-Daj spokój, zdecydowanie ma z czego ci zapłacić. -uśmiechnęła się szeroko, przytulając się do mojego boku. -podeślę ci zaraz adres klubu, fajnie by było jakbyś była tak dwie godziny wcześniej, żeby ogarnąć próbę.

-Będę, będę. Na spokojnie.

-Dzięki ci bardzo, doceniam, że zawsze mogę na ciebie liczyć. -posłała mi ostatni uśmiech i pomachała w moją stronę, wychodząc ze studia.

Westchnęłam cicho i założyłam słuchawki na głowę, jeszcze nie wiedząc, w jakie gówno się właśnie wpierdoliłam...

Pov Krystian

Przez ostatnie dwa lata uczyłem się, jak oddychać powietrzem, które nie było przesiąknięte jej zapachem. To był proces żmudny, bolesny i cholernie upokarzający, mimo, że sam ją poprosiłem, żeby odeszła.

Pierwsze miesiące po tym, jak zniknęła z Łodzi, pamiętam jak przez mgłę. Był to szary i brudny ciąg dni, w których jedynym celem było zagłuszenie ciszy, jaką zostawiła we mnie.

Ale im bardziej próbowałem uciekać w stare nawyki, tym mocniej czułem, że jeśli się nie zmienię, to jej odejście będzie moją ostateczną klęską.

W końcu, po ponad 6 miesiącach od jej odejścia, stałem się projektem. Przebudowałem się od fundamentów, z taką samą precyzją, z jaką ona kiedyś wbijała tusz pod moją skórę.

Odstawiłem wszystko, co mąciło mi obraz rzeczywistości. Alkohol, dragi, przygodnych ludzi, którzy karmili się moją autodestrukcją...wszystko to wylądowało na śmietniku historii. Zamiast tego wybrałem rygor. Studio stało się moją celą, a siłownia miejscem, gdzie codziennie zostawiałem złość, która wcześniej wylewała się na wszystkich wokół.

Zmieniłem się.

Jajeczne siano na głowie zmieniłem na naturalny brąz, a czarne soczewki już nigdy nie przysłoniły moich naturalnie niebieskich oczu.

Ona wolała te naturalne...

Zaraz po jej odejściu wydałem jedną płytę, a później kolejną, specjalnie planując trasę, która zahaczała o to konkretne miasto.

Przyjazd tutaj był szczytem mojej bezczelności i desperacji. Wiedziałem od
Zuzi, czym teraz się zajmuje, jak się zmieniła i jak wygląda teraz jej plan dnia, a pomysł z „wysypanym" Dj, narodził się już dużo wcześniej.

Wszystko po to, bym mógł ją w końcu zobaczyć...

Czekałem na ten moment od dwóch lat, a teraz, gdy w końcu byłem coraz bliżej tej godziny, czułem niewyobrażalny stres.

Aktualnie siedziałem na kanapie w pustym, hotelowym apartamencie, czekając na telefon od mojej byłej dziewczyny. Gdy telefon w końcu zawibrował, a na ekranie pojawiło się jej imię, chwyciłem go do ręki i jednym kliknięciem odebrałem połączenie, przełączając je na głośnik.

-Zgodziła się? -zapytałem niemal od razu, poprawiając okulary, które zjeżdżały mi z nosa.

-Tak, ale musisz być ostrożny. Nie ma do ciebie żalu, ale dalej o tobie nie zapomniała.

-To dobrze czy źle?

-Dla ciebie dobrze. Mimo upływu czasu dalej o tobie myśli, ale jeśli znowu...

-Daj spokój, Zuza. Tamtego Krystiana już nie ma.

-Wierzę w to. -westchnęła cicho, kontynuując. -Jak coś to przyjedziemy dwie godziny wcześniej na próbę, pomyśl co zrobisz, żeby nie zeszła na zawał, gdy Cię zobaczy.

-Spokojnie, do zobaczenia wieczorem.

-Narka. -rzuciła, a sekundę później usłyszałem odgłos przerwanego połączenia.

Kilka godzin dzieliło mnie od zobaczenia 
osoby, która była architektem mojej największej klęski i jedynym powodem, dla którego w ogóle chciało mi się jeszcze budować cokolwiek na tych zgliszczach.

Wstałem z kanapy i podszedłem do ogromnego lustra w przedpokoju. Poprawiłem okulary, wpatrując się we własne odbicie.

I tak wyglądałem chujowo.

Przez dwa lata uczyłem się, jak nie być potworem. Teraz musiałem nauczyć się, jak być dla niej kimś więcej niż tylko bolesnym wspomnieniem.

Odłożyłem telefon na stolik, czując, jak magnetyzm tego miasta i tej jednej, konkretnej osoby, przyciąga mnie do podłogi.

To była moja jedyna szansa na odkupienie.

Już nie mogłem doczekać się momentu, w którym nasze spojrzenia przetną się po raz pierwszy od 487 dni.

Byłem gotowy. Nawet jeśli ona nie była.

Spalone Mosty/ChivasOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz