Pov Krystian
Deszcz walił o dach mojego Mercedesa z taką furią, jakby samo niebo chciało mnie stąd przepędzić, wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody, a świat za szybą zamienił się w rozmazaną, szarą plamę. Dokładnie taką, jaką miałem w głowie.
To był błąd. Czułem to w każdym mięśniu i w każdym uderzeniu serca, które teraz, zamiast miarowego rytmu, przypominało paniczne dobijanie się do zamkniętych drzwi.
Zatrzymałem się na tyłach klubu. Ceglane ściany budynku nasiąkały wilgocią, wyglądając jak wielki, czarny monolit, który zaraz mnie pożre. Zgasiłem silnik, ale nie wysiadłem. Siedziałem w tej skórzanej, luksusowej ciszy, czując, jak dłonie zaciskają mi się na kierownicy tak mocno, że pobielały mi kłykcie.
-Co ty robisz, Krystian? -szepnąłem do pustego auta, a mój głos brzmiał obco, niemal żałośnie.
Mogłem mieć miliony na koncie, wyprzedane trasy i nowe życie, ale w tej jednej chwili znów byłem tym samym przerażonym dzieciakiem z Łodzi, który potrafił tylko niszczyć.
Wyobrażałem sobie nasze spotkanie na tysiąc sposobów i każdy kończył się tak samo: jej spojrzeniem pełnym pogardy. Albo co gorsza...litości.
Ona mnie nie pozna. A jeśli pozna, to ucieknie. Zobaczy w moich oczach nie zmianę, a jedynie cień faceta, który kazał jej odejść, by nie musiała patrzeć, jak on sam płonie.
Wyciągnąłem z kieszeni iqosa, ale zaraz go schowałem. Moje gardło było tak ściśnięte, że nie wcisnąłbym tam nawet odrobiny dymu. Poprawiłem okulary, które znów zjechały mi z nosa.
Deszcz za szybą przybrał na sile, odzwierciedlając moją duszę.
Czy zwiastował to, jak zakończy się ten dzień?
W taką pogodę można tylko utonąć.
-Chivas? -Głuche pukanie w szybę wyrwało mnie z otchłani.
To był ochroniarz klubu, osłonięty wielkim, czarnym parasolem.
Wziąłem głęboki, drżący oddech. Otworzyłem drzwi, a lodowaty wiatr natychmiast wdarł się do środka, tnąc mnie po twarzy kropelkami deszczu. Wysiadłem, czując, jak nogi pode mną miękną. Każdy krok w stronę wejścia dla artystów był jak kroczenie na szafot.
Wiedziałem, że ona tam jest. Czułem jej obecność.
Weszliśmy do środka, a charakterystyczny zapach uderzył w moje nozdrza. W klubie panował półmrok, przełamany jedynie technicznym światłem nad sceną.
Stanąłem w cieniu z boku backstagu, nie chcąc jeszcze wychodzić na światło. Serce waliło mi w piersi tak głośno, że słyszałem wyraźnie jego bicie, jednak nagle miałem wrażenie, że się zatrzymało, a świat zwolnił.
Milena aktualnie stała kilka metrów ode mnie, zawzięcie klikając w klawiaturę laptopa.
Jej platynowe włosy w tym świetle wydawały się niemal nierealne, jakby były utoczone z księżycowego pyłu. Była odwrócona tyłem, skupiona na klawiaturze, a każdy jej profesjonalny ruch przypominał mi o pewnym momencie.
To była ta sama Milena, która z taką samą powagą przygotowywała kiedyś maszynki do tatuażu, ale jednocześnie była to zupełnie obca mi kobieta. Kobieta, która nauczyła się oddychać beze mnie.
Poczułem, jak lodowaty uścisk paniki zaciska się na mojej krtani. Cały ten misterny plan, ta cała trasa, te miliony wydane na to, by znaleźć się w tym konkretnym miejscu...to wszystko nagle wydało mi się żałosne.
Kim ja byłem, żeby zakłócać jej spokój? Cieniem z przeszłości? Upiorem, który przebrał się w drogie ciuchy i ukrył za okularami, udając, że naprawił swoją duszę?
CZYTASZ
Spalone Mosty/Chivas
Fiksi Penggemar-Tym właśnie jest Krystian. -rzuciłam, odrywając wzrok od żółtych kwiatków. -Kwiatkiem? -Nie, pieprzonym narcyzem, który rośnie w moim ogródku, choć czasami mam ochotę go wyrwać i zakopać...
