Następnego dnia byłem wystarczająco wypoczęty, by wstać już o piątej trzydzieści. Powoli i leniwie zrobiłem kawę, rozkładając swoje składniki, do zrobienia śniadania, na stole. Nic nadzwyczajnego się nie działo.
Szedłem chodnikiem, zmierzając do szkoły, co chwile oglądając się czy ktoś za mną nie idzie, bo nękało mnie jakieś dziwne wrażenie. W momencie, gdy znalazłem się na skrzyżowaniu, przy którym wczoraj zakręcał Frank, rozejrzałem się czy aby go nie ma. Niestety, musiałem resztę drogi przejść sam. Gdy przeszedłem około dwadzieścia metrów, usłyszałem czyjś głos, nawołujący mnie. Frank, wiedziałem, tylko czemu tak późno. Pobiegł do mnie zadowolony, przywitał się i szliśmy już jednym tempem. Sądziłem, że nie będzie już wiele tematów do wykorzystania, a tu proszę. Znaleźliśmy wiele ciekawszych. Okej, dało się z nim dogadać jak z nikim innym, w tak krótkim czasie, co trzeba było przyznać. Miałem nadzieje, że poznam go lepiej, bo fajnie byłoby mieć przyjaciela. Poprzednia szkoła wyryła mi bliznę w pamięci, gdy osoba, której tak bardzo ufałem, w pewnej chwili po prostu mnie zniszczyła. Bałem się, nie chciałem pokrywać sie kolejnymi bliznami. Na ręce też ich pare miałem. Niefortunnie, bo jedyne co to zostało, to białe ślady, które przypominały mi o przeszłości.
Wiele osób na przerwach do mnie podchodziło. Mimo, że cały czas kluczowo trzymałem się Franka, ludzie zachowywali się jakby go tam nie było. Byli mili, pytali o wiele rzeczy. Natłok ludzi sprawił, że poczułem się pewniej, a nie samotnie jak zawsze. Zauważyłem też, że Frankowi nie podobało się towarzystwo. Na jednej z przerw wytłumaczył mi, ze nienawidzi ludzi za to jacy są. Za ich przeświadczenie do wszytskiego, i gdy traktują ludzi jak książki, uważając, że patrząc na okładkę, dokładnie wiedzą co jest w środku. Ten dziwny koleś, Buzz, wraz ze swoimi kolegami, też do mnie podszedł, lecz gdy byłem sam. Grzecznie się przywitał, przedstawił i chwile porozmawiał póki nie zobaczył, wracającego ze sklepiku szkolnego, Franka. Wtedy mu uwierzyłem. Ludzie patrzyli na mnie ze zgrozą, ale o co im i jemu chodziło? Kolejne pogawędki z Frankiem sprawiały, że czułem się o wiele lepiej niż powinienem, to chore, lecz prawdziwe.
Lekcje w końcu się skończyły. Na szczęście kończyliśmy o czternastej, co było wyjątkiem jak na tę szkołę. Idąc do domu, Frank zaproponował mi spotkanie po szkole, na co oczywiście się ucieszyłem. Dałem mu swój numer, a ten powiedział, że napisze, gdy będzie wiedział czy ma na dziś coś zaplanowane. Więc czekałem. Czas się dłużył, a Frank nie pisał. Lekko paranoicznie co chwilę sprawdzałem, czy przypadkiem mój telefon nie jest wyciszony, bo szczerze mówiąc, to często wyciszałem go nieświadomie. Sam fakt wyjścia z domu, przemawiał do mnie tak dosadnie, że chętnie wyszedł bym już. Usłyszałem nawoływanie z dołu. Mama postanowiła zrobić obiad. Wcześnie jak na parę minut po piętnastej. Zawsze obiad dostawałem po szesnastej, a wszystko przez jej pracę. Pielęgniarki tak mają. Zszedłem na dół jako ostatni. Mikey już zdążył zjeść, gdy ja dopiero zaczynałem. Prawie wyplułem spaghetti z ust, gdy usłyszałem dźwięk wiadomości.
Nieznany: Cześć, tu Frank. Na szczęście mam dzisiaj czas, więc jak ciągle chcesz się spotkać i jak ja nie masz co robić można gdzieś wyskoczyć.
Pośpiesznie odpisałem
Ja: Jasne, że mam. 17:10 przy parku?
Zapisałem numer Franka.
Frank: Okay, to do zobaczenia.
Chciałem coś odpisać, ale rodzice patrzyli na mnie wraz z Mikey'im. Dobra, nieświadomie się uśmiechałem jak gwałciciel, też to spostrzegłem, ale aż tak? Tata nie był szczególnie zainteresowany. Jadł, czytając gazetę. Mama patrzyła na mnie jakby chciała mi w myślach dać do ręki prezerwatywę, a Mikey... Jak to Mikey, ten jego chory uśmieszek na zasadzie "Kiedy będę wujkiem?". Ci ludzie są niemożliwi. Skończyłem jeść, nie odzywając się, a następnie udałem się na górę. Wziąłem długi prysznic, bo właściwie miałem dużo czasu. Wysuszyłem włosy, przebrałem się i czekałem. Ostatnie pół godziny trwało najdłużej, więc zabrałem się za czytanie komiksów. Idealnie odmierzyłem czas i wyszedłem o siedemnastej, by napewno zdążyć. Park był blisko, nie było więc większych problemów ze spóźnieniem. W zasadzie po pięciu minutach byłem na miejscu, więc postanowiłem czekać, kręcąc się w miejscu. Zauważyłem, że zrobiło się chłodniej i przede wszystkim było ciemniej niż wcześniej, a nie powinno. Były dość szare chmury, których nie zauważyłem, idąc wesoły. Tak zepsuła się pogoda? Kiedy? Nie ważne, czekałem na Franka już osiem minut, więc były trzy minuty po umówionej godzinie. Pomyślałem, że to nic, bo co to są trzy minuty spóźnienia. Po kolejnych ośmiu minutach, zauważyłem idącego w oddali mężczyznę, więc powoli zacząłem podchodzić. Dobrze, że się opanowałem i nic nie mówiłem, bo mężczyzna w kapturze nie był Frankiem. To już dwanaście minut, gdzie on jest... No dobra, mógł się spóźnić, coś go zatrzymało, ale napisałby chyba. Chyba. Czekałem dalej. Wyciągnąłem telefon. Moja godzina wskazywała na siedemnastą trzydzieści. Jeszcze pięć minut i do niego napiszę. Usiadłem na ławce w parku, która była dość blisko, w dodatku usiadłem bokiem, aby wszystko widzieć. Wyciągnąłem telefon i napisałem
