Zanim przeczytasz: Tak, będą w tym rozdziale duże przeskoki czasu, gdyż zbliżamy się do końca.
W szkole szło mi średnio, przez ten cholerny, nienadrobiony materiał, aczkolwiek strałem się jak mogłem. Kontakty z mamą diametralnie się poprawiły, mimo, że coraz cześciej symulowała kłótnie z Johnem, o wyprowadzce. Co do Mikey'ego... Mikey był taki jak zwykle. Bywał wredny, wścibski i lubił mnie denerwować, a mimo to trzymaliśmy się razem. Brakowało mi jednego, ważnego składnika tego wszytskiego- Franka. Pisałem do niego codziennie. Pierwszy tydzień minął bezboleśnie, drugi troszkę gorzej, miesiąc chyba najgorzej, ale potem, gdy pomyślałem, że już niedługo, coraz lepiej. Ray, gdy z nim rozmawiałem przez telefon, mówił, że Frank trzyma się dobrze. W odróżnieniu do mojego ostatniego zniknięcia, było całkiem dobrze. Co prawda tęsknił, ale wiedział, że wrócę. Mówił też, że zapisał się na prawo jazdy. Po trzech miesiącach, gdy znowu go ujrzałem, miałem ochotę go objąć, i nigdy nie puszczać. Przerwa wiosenna minęła szybko. Tydzień ten dobrze, wspólnie spożytkowaliśmy. Gdy wróciłem znowu do Amsterdamu, mama rzuciła mi się na szyje z zachwycenia, oznajmując, że wracamy z powrotem do New Jersey, jak tylko ja i Mikes skończymy szkołę. Mimo, iż John miał z nami mieszkać w rodzinnym domu, byłem tak szczęśliwy jak nigdy. Wszelkie złe myśli o tym co by było, jakbym musiał kłócić się o brata, który musiałby zostać w Amsterdamie, w razie gdybym miał się wyprowadzić sam, odeszły.
Osiemnaste urodziny spędziłem z Mikey'im, mamą i z telefonem w ręku, rozmawiając z Frankiem. Nie było to niewiadomo co, ale wtedy czekałem tylko na jedno- na zdanie matury i wyprowadzkę. Całymi dniami się uczyłem. Było to wręcz dziwne z perspektywy domowników, gdyż prawie nie wychodziłem z pokoju. Jedyne co wtedy robiłem, to spałem, jadłem, chodziłem do szkoły, uczyłem się, i przed snem gadałem z Frankiem. Zmieniłem także fryzurę. Czarny kolor został, lecz ściąłem je na w miarę krótkie. Frank opowiadał, że swoje też obciął, tyle, że ten poszalał i ściął je zupełnie zaraz po moim kwietniowym wyjeździe. Tak czy tak mi się podobał. Nie ukrywam, że brakowało mi przez pewien czas, tego jak opadały mi na twarz, aczkolwiek to był w pewnym sensie nowy początek- początek już nie pechowych dni.
Matura się zbliżała wielkimi krokami, a ja bałem się jak cholera. Stres zaczął mnie mocno ściskać, do tego stopnia, że nie raz przez to zwymiotowałem. Właściwie stresowałem się na nic. Gdy przyszła matura, a jakiś czas po niej wyniki, dowiedziałem się, że zdałem, tak samo jak Frank. Ray i Bob byli już rok po niej, więc mogli jedynie trzymać mocno kciuki. Wiedziałem, że pomagali Frankowi jak mogli, za co byłem wdzięczny. Frank nie tylko zdał maturę, ale także wspominane wcześniej prawko, dzięki czemu mógł pożyczać samochód od Raya, póki sam czegoś nie wykombinował.
Zaraz po zdaniu, mama zrealizowała ów wyprowadzkę. John nie był z tego zadowolony, ale tak woleliśmy, więc tak było. Wszyscy byliśmy maksymalnie zżyci z rodzinnym domem, więc nie miał wyjścia. Gdy nadeszły wakacje, byliśmy już w drodze, a chłopaki czekali, by nas powitać. Gdy tylko zobaczyłem ich na horyzoncie, zacząłem się wiercić, a gdy tylko podjechaliśmy, ja i Mikey wybiegliśmy, przywitać się. Mnie, to tam mniejsza, ale mojego brata, porządnie powitali. Mama patrząc na to, wręcz się wzruszyła i zaprosiła wszystkich do środka. Rozmawiała też z Frankiem, gdyż już dawno o nas wiedziała. John unikał kontaktu, bo zdawał się być mocno zdezorientowany.
Przeprowadzka do domu, trwała całkiem szybko, a wyprowadzka do Franka, jeszcze szybciej. Nie mieszkał tak daleko, i nie było większych problemów z przewiezieniem zwyczajnie ubrań. Matka zaakceptowała nasz związek i obiecała pomagać nam finansowo. Gdy wybraliśmy się z tą wiadomością do rodziców Franka, byli w szoku. Jego ojciec długo nie mógł się przemóc, lecz po paru miesiącach, w końcu się udało.
Mieszkałem u niego, miałem niesamowitych przyjaciół, obie rodziny obiecały nam pomagać, i miałem blisko bo brata. Układało sie wspaniale. Założyliśmy zespół, którego nazwę wymyślił niemal mój brat. Czytał podobno kiedyś jakąś książkę, i stąd powstała nazwa "My Chemical Romance". Nadal graliśmy amatorsko, szukając jakiejś wytwórni, by przetestować swoje umiejętności. Moje życie stało się bajką. Niemal nie kłóciłem się z Frankiem, gdyż nie było o co i wszytsko szło coraz lepiej. Wszyscy razem zadecydowaliśmy o studiach muzycznych. Nie chciałem nic innego w życiu robić, jak grać muzykę. Mieliśmy o tym jakieś pojęcie, i wspólnie dostaliśmy się do jednej z akademii.
Pierwsza rocznica związku, potem druga i trzecia. Trzy lata ze sobą wytrzymaliśmy. Jakimś sposobem tak było. Nikt, ale to kompletnie nikt nie wierzył, że to będzie tak długo.
Każdy z nas niesamowicie wydoroślał. Mikey skończył szkole z bardzo dobrymi wynikami, zdał maturę i też wybierał się na te same studia. Mama ciągle była z Johnem, i nadal pracowała jako pielęgniarka. Ja i Frank zatrudniliśmy się dodatkowo w starbucksie, żeby dorabiać w jakiś sposób i nie ciagnąć cały czas pieniędzy od rodziny.
Nie żyliśmy pod presją, cieszyliśmy się swoim towarzystwem i byliśmy ze sobą dalej.
No wiem, przeskok duży, w końcu trzy lata. Ale nie, to nie koniec. Koniec dopiero nadejdzie.
