Obudził mnie dźwięk telefonu, a konkretniej sms.
Frank: Cześć, w razie czego mógłbyś wpaść koło 15? Z tego co widzę, to nigdzie się nie wybierają wieczorem i jadą po 14. Nie zmuszam czy czy coś. Chodzi bardziej o to, że wieczorem będziemy narażeni na ich wizyty w pokoju..
Spojrzałem na godzinę, która wskazywała 12:56. Czemu tak długo spałem? W sumie to dobrze, bo źle sypiam. Odpisałem Frankowi
Ja: Jasne, mogę wpaść o 15. I tak cały dzień bym nic nie robił.
Frank: To do zobaczenia.
Trzeba wstać i się zebrać. Krzątałem się po domu, po czym bez słowa wyszedłem.
Będąc pod domem Franka, zanim zapukałem, gdyż brama była otwarta, usłyszałem krzyki. Mimo wszystko zapukałem. Po chwili otworzył Frank, zapraszając mnie do środka. Ciągle ostro wymieniał zdania z rodzicami. W końcu mogłem ujrzeć jego ojca, który przysłuchiwał się kłótni w kuchni. Wyglądał niemal jak Robert De Niro. Powiedziałem krótkie "dzień dobry" miedzy zdaniami, na które dostałem odpowiedź. To było chyba najdziwniejsze w matce Franka. Szeroko uśmiechnęła się, gdy odpowiadała, mimo, że między tym zachowaniem, toczyła walkę słowną z synem. Polecieliśmy na górę i usadowiliśmy się na kanapie. Myśleliśmy nad filmami, które moglibyśmy obejrzeć, gdzie wybraliśmy Star Wars. Skończyło się na tym, że gdy leciał film, my leżeliśmy i rozmawialiśmy. Miał rozłożoną kanapę, co mnie dziwiło, bo przecież miał jeszcze łóżko, parę metrów dalej. Bądź co bądź źle się czułem. Napadały mnie wieczne nostalgie. Zacząłem opowiadać o moim dzieciństwie, i o tym czego nauczył mnie ojciec.
-Mój ojciec też mnie dużo nauczył -Powiedział Frank.
-Mój, gdy zacząłem dorastać, nie interesował się mną już tak bardzo, aż w ogóle przestał.
-Jestem ciekawy, czy dalej bym obchodził mojego, jakby była taka opcja.
-W jakim sensie?
-Mój ojciec też nie żyje. -Powiedział odwracając się na bok, tak, że był przodem do mnie.
-Nie żyje? -Zapytałem zdziwiony.
-Ten w kuchni, Arthur, to trzeci mąż mojej chorej matki. Mój ojciec nie żyje od sześciu lat.
-Przykro mi.
-Nie umiałem się pozbierać. Szczególnie, gdy matka po miesiącu już przyprowadziła innego. I tamten i Arthur polecieli na kasę, więc po prostu się do niego nie odzywałem. Najgorsze, że muszę się go słuchać, bo jest wielkim panem domu -Zironizował Frank -Czekam tylko, aż będę miał osiemnaście lat i wyprowadzę się.
-Kiedy masz?
-W październiku. Niecałe dwa miesiące. -Rzekł, po chwili dodając -Gee. Nie wiem co się ze mną dzieje... -Spojrzałem na niego. Leżał prawie na brzuchu, wtulając się w poduszkę i sam też wpatrywał się we mnie. -Nie umiem trzeźwo myśleć i plątam się w tym wszystkim.
-Ja też. Tyle zmartwień, przerasta mnie to.
-Jest ci za ciężko. Tego wszystkiego jest za dużo. -Powiedział Frank.
Popłynęła mi łza, gdy przypomniałem sobie, o tym jak dowiedziałem się o śmierci ojca, miny Mikey'ego gdy wróciłem i jego zapłakanej twarzy. Odwróciłem się tyłem do Franka, by nie zauważył, że zaczynam płakać. Ten jednak, zauważając owoc mojej nostalgii, spływający po policzku, przybliżył się do mnie i niepewny swoich ruchów, zaczął gładzić mnie po ramieniu. Utrzymaliśmy ten stan bez słowa, aż jego dotyk stawał się bolesny. Był on przepełniony współczuciem, a każda myśl na podobny temat, wzbudzała we mnie smutek i przywoływała zdarzenia. Czułem się gorzej i gorzej. Wtedy ten przybliżył się jeszcze bardziej i mnie objął ręką. Natomiast ja szybko się odwróciłem w jego stronę i wręcz wepchnąłem się w jego ramiona, zaczynając szlochać. Włożył rękę pod moją głowę i zaczął przeczesywać kosmyki włosów, drugą ręką przytrzymywał moje plecy, jakby nie chciał bym się wydostał. Czułem się lepiej, czując jego perfumy, co powodowało, że się uspokoiłem. Mimo to nie chciałem odsuwać, choć wiedziałem, że to nastąpi. Frank jednak mnie nie puszczał. Ułożył w inny sposób głowę i tak zwyczajnie leżeliśmy w ciszy. Żaden z nas nie bał się drgnąć, tak jak kiedyś. Już nie chodziło o uspokojenie, po prostu chcieliśmy tak pozostać.
-Lubię Cię, Gee. -Powiedział.
-Ja Ciebie też, Frank. -Odpowiedziałem
-Ale... Ja Ciebie bardzo lubię - Odchylił się, by spojrzeć na mnie. Chwile patrzyłem mu w oczy.
-Wiem, ja Ciebie też. -Odrzekłem, uśmiechając się. Wróciliśmy do poprzedniej pozycji. Ten moment zmienił wszystko. Zaczęliśmy rozmawiać i śmiać się z różnych rzeczy, nie bojąc się bliskości naszych ciał. Aż zamilknęliśmy na dłuższą chwilę, którą przerwał dźwięk mojego telefonu.
-Mikey. -Odebrałem
-Gerard, mama jest w szpitalu. -Po tych słowach się zerwałem.
-Co?!
-Bardzo bolał ją brzuch i w pewnym momencie zaczęła krwawić, zadzwoniłem na pogotowie.
-I co dalej? -Pytałem nerwowo
-Nie wiem, ledwie dojechaliśmy i ją zabrali. Przyjedź tutaj.
-Gdzie jest "tutaj"? -Prawie krzyknąłem zirytowany
-No wiesz, ten szpital na górce.
-Do godziny będę. -Powiedziałem zdenerwowany. Usiadłem i złapałem się za głowę. -Chyba sobie wszyscy żartujecie -Powiedziałem do siebie.
-Co się stało? -Zapytał. Pokrótce, byle jak najszybciej, wytłumaczyłem mu wszystko. Zeszliśmy na dół i zacząłem ubierać buty. Spostrzegłem, że Frank również się ubiera, więc domyśliłem się, że wybiera się ze mną. Nie zaprzeczałem, tylko powiedziałem ciche "dzięki"
Gdy byliśmy na miejscu, pokierowałem się słowami pielęgniarki i udaliśmy się na pierwsze piętro. Na dworze robiło się już ciemno i chłodno. Spostrzegłem Mikey'ego na końcu pustego korytarza, siedzącego na krzesłach. Ten widząc mnie, wstał, podszedł i mocno mnie przytulił. Mimo, że dzieliło nas tylko dwa lata różnicy wieku, źle radził sobie z emocjami.
-Czemu to wszystko się dzieje, Gerard? -Zapytał
-Nie wiem. Co z mamą?
-Przewieźli ją gdzieś. Nie wiem co się w ogóle dzieje. Odkąd zadzwoniłem do Ciebie, siedzę w pięciu różnych miejscach, próbując się czegoś dowiedzieć. -Powiedział i usiadł załamany. Co miałem wtedy zrobić? Pozostało nam czekać, aż się czegoś nie dowiemy. Frank przywitał się z młodym, ściskając mu dłoń.
-Frank -Obróciłem się -Jedź do domu. Nie wygląda na to, że to potrwa szybko..
-Zostanę jeśli chcesz. Albo jeśli mogę. -Poprawił się.
-Nie chcę z tego względu, żeby cię tu trzymać na siłę.
-No to zostaję -Uniósł kąciki ust.
Po tym usiadłem obok brata, a Frank obok mnie. Czekaliśmy w ciszy dwadzieścia minut, gdy w końcu podszedł do nas lekarz. Powoli wyjaśnił co się stało mamie, ale wpierw uspokoił, że już wszystko jest w porządku. Okazało się, że przez stres i wypity alkohol mama poroniła. To było okropne tego słuchać. Musiała zostać w szpitalu na co najmniej parę dni, by wiedzieć na pewno, że wszystko jest w porządku. Ale tylko fizycznie, psychicznie już pewnie była martwa. Jeden tydzień, a ja straciłem ojca, siostrę lub brata i dowiedziałem się o sobie i Franku dość ciekawej rzeczy. Musiałem wytłumaczyć bratu o całej ciąży i o jej szczegółach, co nie było przyjemne. Był w szoku, a potem zły, że nic mu nie powiedzieliśmy. Jednak odpuścił sobie i posiedzieliśmy trochę przy mamie, będącej jeszcze w narkozie. Była 21:00, gdy powoli opuszczaliśmy szpital. Wiedziałem, że rano będzie trzeba wrócić i przywieść potrzebne mamie rzeczy. Gdy znaleźliśmy się już na naszym osiedlu, wysłałem Mikey'ego do domu, a wraz z Frankiem poszedłem kupić cokolwiek do jedzenia. Na szczęście zdążyliśmy znaleźć sklep, otwarty w soboty do 22:00. Nie wiem kiedy, ani jak ale dogadaliśmy się, że Frank zostanie na noc. Mimo, że był Mikey, w tym domu było strasznie nawet we dwoje. Już nie mówiąc o moich paranojach, które od jakiegoś czasu dały mi spokój. Do domu weszliśmy koło 22:30. Mikey był wykończony i zasnął na kanapie, więc w momencie, gdy poprosiłem Franka aby wypakował rzeczy na blat i pochował gdzie może, przebudziłem Mikey'ego i zaprowadziłem na górę.
Wraz z Frankiem zaczęliśmy robić tosty. Ponieważ mój toster miał to do siebie, że robił je powoli i długo, wyszliśmy przed dom i usiedliśmy na schodach, by zapalić. Frank dysponował papierosami, dzięki czemu się podzielił. Było chłodno, ale nie zimno. Dla mnie, osoby, która nie przepada za słońcem, było akurat. W domach naprzeciwko było ciemno, i jedyne światło jakie dawało nam pole do widzenia to były lampy, rozciągające się przez całą ulicę. No i właściwie okna, przez które wylatywało światło, z mojego domu. Siedząc, paliłem dość szybko, co spowodowało, że zaczęło kręcić mi się w głowie. Ostatnio paliłem mniej, przez co łatwiej było o takie objawy. Położyłem głowę na Franka ramieniu i starałem się nie dymić mu prosto w oczy. Nie protestował, wręcz sam jeszcze oparł swoją głowę o moją.
-Co teraz? -Zapytał Frank
-W jakim sensie?
-Wiesz... Chyba nie bez powodu jesteśmy tak blisko i... -Frank jąkał się, próbując coś z siebie wydusić. Zabrałem głowę i spojrzałem na niego, posyłając uśmiech. -Bo wątpię, aby o tym dało się zapomnieć. -Pomyślałem przez chwilę.
-Może powinniśmy... -Zatrzymałem się.
-Spróbować? -Zapytał. Uśmiechnąłem się delikatnie i kiwnąłem głową. Dobrze, że to on to powiedział, bo teraz przynajmniej wiem, że chodziło mu po głowie to co mi. -Naprawdę chciałbyś?
-To byłoby dla mnie nowością... No wiesz
-Rozumiem... Dla mnie też. -Rzekł Frank
-Ale jeśli chcesz to.. Spróbujmy -Rzuciłem. Frank się szeroko uśmiechnął.
-W porządku. -Powiedział po chwili. Sam nie wiem co miałem zrobić w tamtym momencie. Złapać go za rękę? Pocałować? Dźwięk gotowych tostów pomógł mi i wróciliśmy do środka. Wzięliśmy nasze jedzenie i usiedliśmy przy stole, oglądając jakiś denny serial.
W końcu postanowiliśmy iść na górę, spać.
Zaczęło się ^^
