16. Spaghetti n' Singing

1.2K 142 21
                                        

Frank przymknął oczy i zacisnął pieści ze zdenerwowania. To była Stelle i jej cholerne, wysokie buty. Spuściliśmy wodę i wyszliśmy.
-Wiecie co? Jakkolwiek się wyrwać, żeby zapalić? Frank, to się nie dziwie, ale ty Gerard?
-To moja wina -Odezwał się Frank. Byłem zaskoczony. -Ja go namówiłem.
-Nie wątpię. -Odpowiedziała. -Za mną.
Szliśmy ze spuszczonymi głowami, co jakiś czas spoglądając na siebie. Tak, gabinet dyrektora był miejscem docelowym. Davies wyszedł przed salę, w której mieliśmy lekcje i patrzył na nas, ironicznie uśmiechnięty. Jakim on potrafił być dupkiem. Jednak po chwili wrócił na swoją lekcję. Stelle kazała nam usiąść na krzesłach i czekać, a sama weszła. Po 5 minutach nas zawołała.
-Tak więc -Zaczęła do dyrektora -Chodziłam po klasach w celu ogłoszenia nadchodzącego konkursu, gdy weszłam do klasy tych dwóch. Mieli historię. Rozejrzałam się po klasie, mimo, że nikt się oczywiście nie zgłosił i zauważyłem, że tych dwóch nie ma -Wskazała na nas -A przecież ich dziś widziałam. Dopiero któryś uczeń powiedział, że poszli do łazienki. To było wystarczająco dużo informacji. -Zakończyła.
-Znowu się widzimy Frank -Powiedział spokojnie dyrektor. Generalnie był bardzo wyrozumiały i miły.
-Niestety -Odpowiedział cicho.
-Tak, niestety. Bo o ile się nie mylę, miałem Cię więcej nie widzieć. A ty? -Spojrzał na kartkę -Gerard? -Spuściłem jedynie głowę. -No chłopie, ledwie dwa tygodnie minęły a ty już tu? -powiedział zawiedziony.
-To nie jego wina -Odrzekł Frank.
-To przyjacielskie z twojej strony, ale karę poniesiecie obaj. -Chłopak wywrócił oczami, przez co dyrektor spojrzał na niego. -Frank, to miała być twoja ostatni szansa. Powinienem Cię wyrzucić, wiesz? Ale tego nie zrobię, jeszcze nie. -Przyglądałem się rozmowie. Na końcu wyszło, że kara polegała na zostawaniu po lekcjach. Mieliśmy czyścić 4 sale i szatnie przez trzy tygodnie, codziennie. Praca niby prosta ale dłużyła się. Wyszliśmy z gabinetu i zbliżał się koniec lekcji, mimo to wróciliśmy do sali, zdenerwowani.
-Zrzędły Panom miny. -Powiedział rozbawiony nauczyciel. Posłałem mu nieprzyjazne spojrzenie i położyłem się na ławce. Pięć minut później był dzwonek.
Reszta dnia, była beznadziejna, szczególnie na lekcjach dodatkowych. Próbowałem napisać test, korzystając w 100% z logiki, jednak to było zbyteczne. Szczerze, nie wiedziałem jak mi poszło. Jeszcze dziś miałem ostatni "wolny" dzień. To była porażka co się działo. Raz było dobrze, potem źle, potem znowu dobrze i źle. Jak miałem pogodzić, naukę po szkole, sprzątanie w niej, odwiedziny matki, spotykanie z Frankiem i jakakolwiek opieka nad Michaelem i jeszcze żyć własnym, ewentualnym życiem?

Pojechałem do matki, u której spędziłem tyle samo czasu co zawsze, i wróciłem. Szybko coś zjadłem i zabrałem się za naukę i prace domowe. Brak czasu mnie przyćmił i poszedłem spać dopiero koło 1:30, przez co byłem zmęczony następnego dnia.
I znowu to samo, już nie mówiąc, że nie zdążyłem wypić rano kawy. Piłem ją, nawet gdy nie byłem zmęczony, a ze zwykłego przyzwyczajenia, a tu co? Umieram. Frank też nie wyglądał na zbyt zadowolonego, ale dawał radę. Pod koniec lekcji, wołający o pomoc, musiałem iść i sprzątać sale. Sprzątaczki dały nam potrzebne sprzęty, posyłając nam spojrzenie typu "współczujemy". Jak się okazało, to nie było takie trudne. Umyć ławki i biurko, podłogę. Przetrzeć kurze, podlać kwiatki. Odlepiania gum spod ławek i krzeseł było najgorsze. Jednak dobrze, że nie byłem sam. Zamykaliśmy sale od wewnątrz na klucz, aby nikt nie przeszkadzał. Dzięki temu również nie musieliśmy się kryć i martwić. Dobra, nie było tak łatwo jak się wydaje, bo po trzech salach dało się już zmęczyć. Dlatego przy ostatniej, zanim zaczęliśmy, rozłożyliśmy się na ławkach, odpoczywając. Mieliśmy jeszcze do posprzątania szatnię.
Po tym wszystkim byliśmy zmęczeni jak cholera. Ja oczywiście nie mogłem iść do domu, bo musiałem jechać do szpitala. Przynajmniej tam trochę odpocząłem. Co prawda nie było to moje łóżko, a twarde krzesło. Trudno. Potem dom, nauka, spanie. Tak schemat powtarzał się przez następną resztę dni, do weekendu. Czułem, że ożyje dzięki niemu. Poza tym, mama wracała w poniedziałek, więc powinno być już lepiej.
Nadeszła sobota. Wstałem koło 14, mimo, że położyłem się spać dość wcześnie. Byłem najzwyczajniej wykończony pod koniec dnia. Mikey, który już wstał, siedział na kanapie w salonie, do którego zszedłem.
-O wstałeś. -Powiedział
-Oto jestem. -Zaśmiałem się.
-Zrobiłem nam spaghetti ale ciągle spałeś i wystygło. Jest na kuchence, odgrzej jak chcesz. -Odrzekł. Stałem nieruchomo patrząc na niego wystraszony. Boże, dożyłem dnia w którym mój brat coś ugotował? Tak, to dziś. Poszedłem do kuchni, gdzie faktycznie leżało spaghetti. Zastanawiałem się jak to będzie, gdy spaghetti okaże się nie dobre, a ja będę musiał zjeść z grzeczności. Bałem się ale podgrzałem sos z mięsem, wrzucając do tego długi makaron. Gdy wszystko było ciepłe, usiadłem przy stole i niepewnie spojrzałem na danie. Zanim jednak zacząłem, na przeciwko mnie usiadł Mikey i czekał na reakcję. Raz kozie śmierć. Wziąłem do buzi niewielka porcje i zacząłem żuć.
-I jak? -Pytał zniecierpliwiony Mikey. Jeszcze moment żułem, gdy powiedziałem
-Cóż... Powinieneś częściej gotować. -Mikey się uśmiechnął. Sam byłem w szoku. Już tam pomijając fakt, że zrobił mi obiad, w sobotę, gdy ja spałem, to ten obiad był dobry.
-Dzięki. Pomyślałem, że będziesz głodny, bo widzę, że jesteś zmęczony, Gee. -Gdy to powiedział, spojrzałem na niego z poważną miną. Skąd u niego nagle tyle pokory.
-Coś się stało? -Zapytałem.
-Nie tylko... -Zatrzymał się. -Straciliśmy ojca, mama jest w szpitalu i jakbym jeszcze Ciebie stracił... Boje się. -Powoli szkliły mu się oczy. Wstałem rozkładając ręce, a po chwili i on wstał i mocno go objąłem.
-Spokojnie, ja nigdzie się nie wybieram, Mikey. -Powiedziałem i puściłem chłopaka, klepiąc go po ramieniu. Po chwili z powrotem usiedliśmy. -Udało Ci się, przekupiłeś mnie spaghetti. -Zażartowałem. Nawet Mikey się uśmiechnął, wycierając oczy. Nie był dzieckiem ale dużo przeszedł, zwłaszcza patrząc na to, jak wrażliwy był.

Frank miał wpaść koło 18:00. Pierwszy raz, od prawie tygodnia spotkaliśmy się poza szkołą. Czułem lekki niedosyt jego obecności. Niby wspólne lekcje i potem sprzątanie ale to nie to samo. Bądź co bądź przyszedł, po czym uciekliśmy do pokoju. Mikey też wyszedł do kolegi, aby odpocząć, zapewne grając w gry.
-To co robimy? -Zapytałem, siedząc obok Franka na łóżku.
-Nie wiem. -Rzekł, obejmując mnie. Rozejrzał się po pokoju, aż jego uwagę przykuła gitara. -Umiesz coś już? -Zapytał
-Skąd... Nie miałem czasu się za to zabrać. Mogę Ci ją oddać
-Może ja Cię nauczę?
-Jeśli chcesz.
-No jasne! -Powiedział wesoło i poszedł po gitarę. Najpierw zaczął objaśniać mi każdy z dźwięków i pokazał jak się nastraja. Zagrał też łatwą melodię, która próbowałem powtórzyć. Średnio im szło, przez co Frank sobie ze mnie żartował. W sumie było całkiem miło. Sztuka, nie ważne w jakim znaczeniu tego słowa, była moim priorytetem i lubiłem wszystko związane z nią. W między czasie, gdy robiliśmy przerwy, poczęstowałem Franka shpaghetti, które przygotował mój brat. Był nawet moment, gdy karmiłem chłopaka, podczas gdy on grał. To było dość zabawne, gdyż zaczęliśmy się śmiać i wypluł całe spaghetti prawie na mnie.
Po wielu próbach, zaczęły mnie boleć palce. Wiec zostawiłem gitarę Frankowi. Ustaliliśmy, że on będzie grał jakieś utwory, a ja będę zgadywał ich tytuły. Gust muzyczny mieliśmy podobny, dzięki czemu dogadaliśmy się co do zakresu gatunków.
Frank zaczął grać, a ja od razu wiedziałem co to za otwór, tylko nie pamiętałem tytułu. Zacząłem nucić początek i próbowałem sobie przypomnieć tytuł tak banalnej piosenki. Z kolejnymi dźwiękami zacząłem cicho śpiewać. Potem głośniej i głośniej

A thousand lies have made me colder
And I don't think I can look at this the same
But all the miles that separate
Disappear now when I'm dreaming of your face*

W końcu zaśpiewałem refren

I'm here without you baby

-Here without you! -Wykrzyczałem zadowolony. Frank się uśmiechnął jednak nie przestawał grać. Wiec zacząłem dalej się wygłupiać i śpiewałem, zachowując się jak debil, przez co i Frank zaczął śpiewać. Przy drugim refrenie zaczęliśmy śpiewać już na poważniej, dzięki czemu pozbyłem się wstydu. To co wtedy razem zrobiliśmy, spowodowało, że na naszych twarzach wyryła się powaga. Gdy Frank skończył grać, patrzyliśmy się na siebie, aż Frank się odezwał
-Czemu... -Pokręcił głową -Czemu nie mówiłeś, że śpiewasz?
-O to samo mógłbym zapytać ciebie.


*3 doors down- Here without you.
Myślę, że każdy zna ;-;

See u tomorrow? | Frerard Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz