41. Far Away From You

719 111 38
                                        

Był dokładnie 12 lipca. Zostały dwa miesiące i pare dni do naszej czwartej rocznicy, ale nie szukałem jeszcze prezentu. Plany były takie jak zawsze: Ja, Frank, Mikey i moja mama wyjeżdżamy do Włoch, odwiedzić moją babcię, na tydzień. I takie one pozostały do czasu choroby Franka. Sprzeczałem się z nim dniami i nocami, że nigdzie nie pojadę bez niego. Miał koło trzydzieści osiem stopni gorączki, i nie był to stan krytyczny, aczkolwiek nie chciałem go opuszczać. Frank negocjował, że mam jechać, a jemu nic nie będzie. Co prawda nie byłem u niej rok, gdyż odpuściłem ostatni wyjazd w grudniu, przez studia. Widzieliśmy się zawsze w wakacje i święta. Przykro mi było zostawiać ją na cały rok, ale nie miałem wyboru.

-Nie pojadę. -Kierowałem słowa do Franka, rozpakowując swoją walizkę i wkładając rzeczy do szafy.
-Gerard. -Wstał z łóżka, i złapał mnie za rękę, powstrzymując od następnego ruchu. -Nie byliśmy u niej na święta. Jeżeli tobie nic nie jest, i możesz jechać, to jedź. -Przekonywał.
-Nie. -Odrzekłem krótko. Frank się zdenerwował i rzucił całą walizkę na łóżko, krzycząc
-Ja nie jestem pierdolonym dzieckiem, którym trzeba się zajmować! -Wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
-Frank! -Wyszedłem za nim. -Nie jesteś dzieckiem ale zrozum, że nie chcę cie zostawiać. Zawsze wyjeżdżaliśmy razem i tak ma zostać. -Powiedziałem, stojąc naprzeciwko niego.
-Wybacz, że to powiem, i każde słowo wypluwam, ale co jeśli to są ostatnie jej wakacje? Co jeśli się coś stanie? -Mówił wyższym tonem, a ja patrzyłem w podłogę. -Nie darujesz sobie, że do niej nie pojechałeś, bo napewno tęskni. -Spuściłem głowę i zrobiłem się smutny. Może ma racje? Frank po chwili podszedł i mnie objął.
-Wiem Frank, wiem.
-Więc jedź. Ile razy miałem już gorączkę i ile razy przechodziło po paru dniach? -Zapytał retorycznie. -Praktycznie zawsze. Więc po prostu jedź. I ona się ucieszy i ja. A w razie czego przecież jest Ray i Bob, którzy przychodzą tu prawie codziennie. Bedą mnie pilnować. -Odsunąłem się od niego i spojrzałem w oczy.
-Na pewno?
-Na pewno. -Uśmiechnął się urokliwie.
-Ale Frank... Na pewno? -Zapytałem bardzo dosadnie.
-Gerard, mam dwadzieścia dwa lata. Daj spokój. -Mówił, wchodząc do kuchni. Odchyliłem głowę w tył i głęboko wzdychnąłem, przez co Frank zachichotał.
-Dobrze, pojadę. Ale jak zawsze raport z każdego dnia.
-Gee. -Spojrzał na mnie, unosząc brwi. Wywróciłem oczami, po czym przeszedłem obok niego do lodówki, pod drodze mierzwiąc mu włosy.
Zacząłem pakować się od nowa. Nie byłem pewien swojej decyzji, ale ufałem Frankowi. Wyjazd miał się odbyć następnego dnia, wiec zadzwoniłem do Mikey'ego, że jednak jadę.

Nasze relacje stały się już dawno przyzwyczajeniem, więc nie żegnaliśmy się super czule, gdyż wiedziałem, że za tydzień wracam.
-Frank... Muszę uciekać, mama już na mnie czeka. -Rzekłem, siadając na skraju łóżka.
-Wiem, Gee. Zadzwoń jak dolecisz. -Usiadł obok mnie
-Jasne. Do jutra, Frankie?
-Do jutra. -Odrzekł i mocno mnie przytulił. Staliśmy tak złączeni nadzwyczaj długo. Nie chciałem się od niego odklejać, nie chciałem go zostawiać. Głęboko zaciągnąłem się jego zapachem i szybko odszedłem. Frank dobrze wiedział czemu tak zrobiłem- im dłużej byśmy tak stali, tym ciężej byłoby mi wyjść. Zamknął za mną drzwi, a ja zszedłem na dół. Wsiadłem do auta z przodu obok matki i spojrzałem jak wyglada przez okno. Puściłem mu ostatecznie całusa na odległość i za chwile zniknęliśmy z parkingu. Najpierw na lotnisko, potem samolot i w końcu Włochy. Dotarliśmy tam mniej więcej na wieczór.
Babcia miło nas przywitała, z resztą jak zawsze, a ja mocno ją uścisnąłem, przypominając sobie słowa Franka. Zjedliśmy razem kolacje, porozmawialiśmy, wytłumaczyłem jej dlaczego w te wakacje Frank nie przyjechał i nie pozostało nic innego jak położyć się spać. Cóż, cały dzień siedziałem, a mimo to, byłem zmęczony. Pisałem chwile z Frankiem przed snem, pytając o zdrowie. Nic się nie poprawiło ani pogorszyło, więc spokojnie położyłem się spać.
Wstałem wypoczęty. Łóżko, na którym przyszło mi spać, było wyjątkowo wygodne, gdyż było ono małżeńskie. Babcia po stracie dziadka, przeniosła się do pokoju, gdzie było pojedyncze łóżko, a że jej dom był duży, każdy się mieścił. Zawsze na tym łóżku spałem z Frankiem, jednak ten miał manię rozkładania się, i zabierania kołdry, więc spanie bez niego było, powiedzmy, czymś innym. Jednak brakowało mi obok jego zapachu, jego zaspanej twarzy, gdy się budziłem, i wspólnego jedzenia śniadania. Co jak co ale przez te lata nabyłem nawyk, do tego, że on zawsze jest obok mnie i zawsze będzie. Dziwnie czułem się, siedząc przy stole i niewidząc go. Przez wspólne mieszkanie, wiele rzeczy które robiłbym w momencie całego obcowania, nie mogłem robić tak jak zawsze. Choćby siedzieć w łazience godzine, bez krzyków o to, że mam wyjść, czy wchodzenia bez pukania. Bywało to irytujące, ale po prostu przywykłem. Wtedy poczułem się wręcz dziwnie samotnie. Niby mój brat był jego zrzędliwszą wersją, ale ani z nim się całować, ani pójść do łóżka. W każdym razie czekałem tylko, by wrócić do Franka, i poczuć się jak w domu.
Dwa pierwsze dni zleciały wolno. Rozmawiałem z nim co chwile, mimo, że w pewnym chwilach był juz w opór zmęczony i chciał iść spać. Rozumiał to jednak. Rozumiał, że mi go brakowało.
I trzeciego dnia... Właśnie wtedy mało nie zszedłem na zawał po telefonie od Raya.

Przerwane w supi momencie :3
I nie bijcie za to, że krótki. Dziś chyba będzie jeszcze jeden. W każdym razie:
Ten rozdział + 2 rozdziały + epilog = koniec książki. Juhuu
W sumie do szkoły mam na 10:00, ale o 2:00 w nocy zrozumiałam, że nie opłaca mi się iść spać, dlatego życzcie powodzenia, żebym nie zeszła dziś (jak Gerard) od ilości kaw, ktore wypije. XD

See u tomorrow? | Frerard Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz