Idąc do parku praktycznie już padało. Upodliło to mój nastrój, gdyż nienawidziłem moknąć, już nie mówiąc o tym, jak wyglądały przy tym moje włosy.
-Chcesz bluzę? - Spojrzałem na Franka, który rozpinał bluzę, którą miał na sobie. Zauważył, że chyba nie odpowiada mi deszcz, a sam miałem ledwie bluzkę.
-Nie, dzięki, dam radę. -Uśmiechnąłem się. Szliśmy dalej, a Frank nie nakładał kaptura. Wyglądało to, jakby chciał być fair wobec mnie, więc nie protestowałem. Deszcz zamienił się w ulewę, a my mieliśmy park na wyciągnięcie ręki. Zaczęliśmy biec pod najbliższe, ogromne drzewo. Idealnie wpasowaliśmy się w pogodę, gdyż chwile po tym zaczął padać grad.
-Ja pierdole, super pogoda. -Mruknął, a ja rozejrzałem się.
-Patrz, tam jest plac zabaw. Można tam iść, jest przynajmniej zabudowany. -To prawda, był. Bardziej wyglądał jak tor przeszkód dla dzieci, ale na szczęście miał duży dach, obejmujący całość. Frank zgodnie pokręcił głową i zaczęliśmy biec do celu. Oczywiście idealny moment na odbieranie telefonów, gdyż mama postanowiła wtedy zadzwonić. Oczywiście nie odebrałem, bo jak? Dobiegliśmy do miejsca. Frank od razu przeszedł do niewielkiego pomieszczenia, które służyło za metę owego toru, i usiadł na drewnianej podłodze. Dobre miejsce. Nieodkryte, nie zlatywał deszcz ani grad i było ciemno. Ogółem tak dawno mnie tu nie było, że nie sadziłem, że tak ładnie to rozbudowali. Siadłem na przeciwko niego i wziąłem głęboki wdech, próbując oddzwonić do mamy. Na szczęście nie była zła ale kazała wracać od razu, gdy przesatnie padać.
-Gee, mówiłem żebyś szedł do domu. Teraz będziesz miał kłopoty przeze mnie. -Rzekł, lekko zawiedziony Frank
- Ej, jest w porządku. Nic się nie dzieje u mnie. -Odpowiedziałem pocieszycielsko.
Zaczęliśmy rozmowę o placu zabaw. W pewnej chwili Frank wstał i zaczął się rozglądać po torze. Nie było dla niego problematyczne chodzenie po nim w przeciwieństwie do mnie. Byłem, cóż, wyższy.
-Kto pierwszy? -zawołał zadowolony Frank, stojąc przy starcie. Spojrzałem na niego pozytywnie zszokowany.
-Nie wiesz co tracisz - Odszedł lekko zażenowany. Wstałem, by zobaczyć jak wygląda pogoda na zewnątrz. Padało, ale nie lało, wiec było na tyle dobrze, żeby móc wrócić do domu, aczkolwiek jak obiecałem, postanowiłem zostać z Frankiem.
Po około czterdziestu pięciu minutach rozmawiania, postanowiliśmy się zbierać. Deszcz już nie padał od jakiegoś czasu ale usłyszałem burzę. Frank odprowadził mnie mimo moich nalegań, aby szedł do domu. Właściwie sam chciałem go odprowadzić, bo zasadniczo się martwiłem, ale ten kurdupel był niezłomny i zapewnił, że sobie poradzi. Będąc już prawie pod moim domem, stenęliśmy, a ja odwróciłem się do niego przodem.
-To co, do jutra? -Zapytałem.
-Jasne -Chciałem zrobić pierwszy krok aby dojść do domu ale Frank kontynuował. -A i Gerard.. Dzięki że ze mną byłeś i zostałeś. No i za piwo, nie wiem jak się odwdzięczę. -Wyglądał jak szczeniak, patrząc na mnie.
-Nie ma problemu, Frank. - Odpowiedziałem uśmiechając się. Z jakiegoś powodu nie odwróciłem się, tylko gapiliśmy się na siebie przez parę sekund. Można by powiedzieć, że o parę sekund za długo. Lekko niespodziewanie Frank wtulił się we mnie, a ja, przymykając oczy, zrobiłem to samo. Puściliśmy się, a Frank obrócił się z uśmiechem na twarzy i poszedł w swoją stronę.
Gdy tylko znalazłem się w domu, pobiegłem do łazienki, zdjąć te cholerne ciuchy i umyć się.
Przed spaniem myślałem nad problemem Franka. Praca, jedyny sposób na zarobek. Bo cóż innego? Może sprzedać wiele rzeczy. Postanowiłem, że jutro się z nim dogadam.
Dziś wstałem wyjątkowo zmęczony. Pogoda zaoszczędziła mi dzisiejszego złego nastroju i na niebie pojawiło się słońce. Rodzice byli w pracy, Mikey już wyszedł do szkoły. Dobrze było mieć na drugą lekcje. Jak zawsze- kawa, prysznic, ubranie, szkoła. Nie spotkałem Franka po drodze, ani w szkole. Myślałem, że pewnie przyjdzie na następną lekcje, więc czekałem. Nie pojawił się wcale. Martwiłem się, bo według moich wczorajszych podejrzeń, mogli mu coś zrobić. Chciałem napisać do niego, czegoś się dowiedzieć ale przecież nie miał już telefonu.
Na przerwach podchodziło do mnie wiele dziewczyn, co było miłe, aczkolwiek nie mogłem za bardzo wyrwać się, żeby iść chociaż do łazienki. Poznałem też Megan, dziewczynę z innej klasy, która była gotką. Z nią najlepiej się dogadywałem. Emo i goth? Dobre połączenie. Gdy zadzwonił dzwonek, świadczący o możliwości odmaszerowania do domu, zebrałem się dość szybko. Wyszedłem ze szkoły. Ludzie porozsiadali się przed nią. Siedzieli na murkach, ławkach i wszytskim innym co mogłoby do siedzenia służyć. Niektórzy siedzieli na przerwie, a inni tutaj spędzali czas po lekcjach. Na jednym z murków siedział Buzz z kolegami. Rozglądałem się, idąc do wyjścia, gdy zobaczyłem z naprzeciwka idącą szybkim krokiem postać. Frank. Był zdyszany, jakby przed chwilą biegł. Natychmiast podszedł do mnie.
-Co się stało? -Zapytałem, nie dając mu odetchnąć -Czemu cię nie było?
-Oni... - Ciągle nie mógł uspokoić oddechu - Gerard, oni mi się włamali do domu.
-Słucham? - Zapytałem. - Chodź, usiądziemy gdzieś i powoli mi opowiesz. Wyszliśmy z obrębu szkoły, aby nikt nie słuchał o problemach Franka i usiedliśmy na pobliskiej ławce miedzy drzewami.
- Przepraszam, że przychodzę z tym do Ciebie ale... - powiedział lekko przerażony -nawet nie wiem czemu.
- Spokojnie, powiedz co się stało. -Odrzekłem
-Włamali mi się do domu, ukradli ps3 i zostawili kartkę. -Streścił.
-Kartkę? - Zapytałem. Frank wyjął z kieszeni pogniecioną żółta kartkę wielkości A5. Było na niej napisane
Następnym razem nie będziemy tak delikatni
- To się robi chore, Frank. Musisz iść na cholerną policję.
- Gee. Oni weszli mi do domu w nocy. -Powiedział poważnym tonem, patrząc mi w oczy -Weszli do mojego pokoju w nocy. Zabrali ps3, zostawili to i wszytsko w nienaruszonym stanie. Nie budząc ani mnie ani rodziców, rozumiesz? Tu nie chodzi o cholerą konsole, oni po prostu weszli, i nikogo nie obudzili. To jest w ogóle możliwe? To psychopaci, a pięć tysięcy jest dla nich warte moje życie. Pomyśl, co zrobią, gdy pójdę na policję. Dobrze, że starzy poszli na piątą do pracy. Musiałem się porozglądać czy czegoś jeszcze nie zabrali -Mówił, drżącym głosem, ale miał rację.
-Nie możesz tych pieniędzy od rodziców wziąć? -Zapytałem
-Może i mamy dużo pieniędzy, ale oni wszytsko kontrolują. Przecież zorientują się, gdy wezmę sobie pięć tysięcy.
-Kurde, ja bym ci pożyczył, ale mama w życiu się nie zgodzi...
- I dobrze, nawet bym tego nie przyjął.
- To jak chcesz to zrobić?
- Nie mam pojęcia. Chyba niemożliwym jest, abym uzbierał to legalnie.
-Chcesz się pakować w następne problemy?
-A mam wybór?
-Nie możesz czegoś sprzedać?
-Hm, mógłbym poszukać czegoś, ale to wciąż nie będzie okrągła suma
- Przynajmniej będziesz bliżej. Mogę jakoś pomóc?
-Właściwe mógłbyś przyjść do mnie, jeżeli chcesz, pomógłbyś mi wystawiać wszytsko na jakieś strony z ogłoszeniami.
-W porządku. -Uśmiechnąłem się.
Lekko nudnawy rozdział ale myślę, że nie jest tak najgorzej c:
Całe ff planuję zrobić dość długie, a jakakolwiek akcja będzie się ciągła, raz szybciej, raz wolniej.
I dziękuję osobom, które do tego czasu zagłosowały na początki. Serio, może to niewielka ilość osób ale przynajmniej o wiele lepiej się pisze z myślą, że nie piszę tylko do siebie.
Aż się boję wejść w tamte części, żebym sama nie wbijała sobie wyświetlenia xD
