Rano, z tego co wywnioskowałem, Frank wstał pierwszy. Było wcześnie, gdyż ledwie przed ósmą rano. Musiałem się jeszcze spakować, i choć rzeczy do zabrania nie miałem wiele, nic nie mieściło się do torby. Zrobiłem to zaraz po wstaniu, zamiast wyjść z pokoju i pójść do łazienki, czy zjeść śniadanie. Potrwało to około pół godziny, aż postanowiłem wypełznąć na resztę świata. Wiedziałem, że Frank siedział w kuchni, więc tam się udałem. Jak zwykle siedział i podziwiał śnieg.
-Dzień dobry. -Powiedziałem.
-Nie. -Odrzekł, nie odlepiając się od szyby.
-Słucham? -Zapytałem, lekko zdezorientowany.
-Nie jest to dobry dzień. -Odwrócił głowę i ujrzałem jego czerwone oczy. W ewidencji przestał płakać o wiele wcześniej, gdyż łzy już zdążyły wyschnąć, lecz czerwone gałki oczne pozostały.
-Frank... -Ująłem i podszedłem do chłopaka, wciskając się obok na blat kuchenny. Objąłem go ręką i przygwoździłem do siebie, a ten ukrył swoją twarz w mojej szyi. Siedzieliśmy tak w ciszy przez dobre pół godziny. Gładziłem go po włosach, co jakiś czas całując w resztki wystającego czoła. Dla mnie to również było trudne, ale on chyba przechodził jakiś kryzys. Tak, jakby miało to być nasze ostatnie spotkanie.
Póki nie nadeszła godzina dziesiąta, krążyliśmy po domu, wymijając się i szukając rzeczy, które mogły być moje. Najdziwniejsze było to, że ja wcale nie musiałem wszytskiego zabierać, co byłoby mi zbędne, bo w planach miałem powrót tutaj, a potem na dłużej, a Frank... Frank szukał wszytskiego. Tak jakby rzeczywiście chciał mnie zostawić. Może też nie chciał, by jakaś drobna rzecz przypominała mu o mnie. Bądź co bądź zbiło mnie to z tropu, i nie wiedziałem czego się spodziewać. Z transu wybił nas dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć, a moim oczom ukazał się Bob. Tak, to było ich przeciwieństwem- Bob dzwonił, a Ray pukał.
-Cześć. -Przywitałem się. -Wchodź. -Bob posłusznie wszedł do środka, podając mi rękę na przywitanie. -A Ray? -Zapytałem.
-Jest jeszcze na dole, szuka czegoś po aucie. -Rzekł.
-Um, jasne. -Uśmiechnąłem się.
Bob wszedł do salonu i usiadł, nie rozbierając kurtki. Wiedział, że chwile potrwa czas, póki nie wyjdziemy z domu wszyscy razem.
-Gotowy? -Zapytał, gdy usiadłem obok niego.
-Mniej więcej -Rzekłem, szukając wzrokiem Franka. W końcu do domu, tym razem bez zbędnego pukania, wszedł Ray. Przywitał się, a następnie wszyscy powoli wyszliśmy z domu. Frank zamykał zamek dość długo. Podszedłem do niego, złapałem za klucz, w którego się wpatrywał i sam przekręciłem.
-To tylko trzy miesiące. -Rzekłem, próbując przyciągnąć jego wzrok, swoim.
-Wiem, Gee. Wiem. -Odpowiedział i ruszyliśmy na dół, gdzie Ray już rozgrzewał silnik. Torbę wrzuciłem do bagażnika, i usiadłem z tyłu obok Franka. Chłopak całą podróż trzymał moją rękę i patrzył w okno, nijak się odzywając. Właściwie żaden z nas się nie odzywał, przez co czułem się, jakbym jechał na egzekucje. Ciarki mnie wręcz przeszły, gdy pomyślałem, że przez pół roku będę musiał wytrzymywać z człowiekiem imieniem John.
Gdy dotarliśmy na miejsce, zostało mi koło piętnastu minut do odprawienia bagażu, więc poszedłem do łazienki z Rayem, który niejak zgłosił się na ochotnika. Gdy oboje oddaliśmy potrzeby fizjologiczne, Ray zatrzymał mnie przy wyjściu z ów łazienki.
-Gerard? -Zapytał.
-Co jest, Ray?
-Mam coś dla ciebie. -Rzekł i ze swojej kurtki wyjął niewielkie opakowanie. -Wiesz, że jesteśmy wszyscy przyjaciółmi, i że cokolwiek by się nie działo, możesz się do nas zwrócić? -Dodał.
-Jasne, że wiem. -Odpowiedziałem, uśmiechając się.
-Więc to dla ciebie. -Podał mi opakowanie -Nie otwieraj teraz, Bob może być niezadowolony. -Stwierdził, wywracając oczami, a ja zrobiłem pytającą minę. -Z resztą zrozumiesz jak otworzysz. -Schowałem więc prezent do kurtki, gdyż był niewielki. -Wracaj jak najszybciej.
-Dzięki Ray, cokolwiek to jest, dzięki. -Uścisnąłem chłopaka po bratersku i wybyliśmy z łazienki.
Zanim jeszcze przyszło mi żegnać się ze wszytskimi, udałem się z Frankiem w miejsce, gdzie nie było wielu ludzi.
-Frank... -Zacząłem. -Gryzie cię coś oprócz tego, że wyjeżdżam? -Zapytałem. Frank spojrzał na ziemie, jakby układał słowa w swojej głowie.
-Nie, czemu pytasz? -Odrzekł.
-Szukałeś wszytskiego co moje, chociaż wiesz, że wrócę. Zaczęło mnie to niepokoić.
-Gee... Troszkę się boje. -Spojrzał na mnie z przykrym grymasem na twarzy.
-Czego?
-Bo... Wiesz, na świecie jest dużo osób, które są ode mnie lepsze, i... -Mówił, a ja robiłem się coraz bardziej rozbawiony. -Gdyby znalazł się taki ktoś to...
-Frank. -Przerwałem, rozbawiony. -Ty idioto. Przecież wiesz, że żadna trzecia osoba między nami nie stanie. -Dodałem, a Frank nie odezwał się tylko analizował moje słowa, spoglądając na swoje buty. -Chodź tu durny łbie. -Rzekłem i przytuliłem mocno chłopaka, co poprawiło mu nastrój. Uśmiechnął się nawet.
-Pamiętaj, the world is ugly But you're beautiful to me.
-Zapamiętam. -Rzekł i wspólnie skierowaliśmy się z powrotem do reszty. Czekałem jeszcze koło pięciu minut, gdy nadeszła chwila pożegnania.
Objąłem Boba i Raya, którzy zdążyli się wygadać o tym, że mam pisać kiedykolwiek i o czymkolwiek. W końcu przyszedł czas na niego. Mimo, że dopiero co się tuliliśmy, nie darowałbym sobie, gdybym potem czuł pustkę w samolocie. Odszedłem metr od reszty, gdzie stał Frank, i z niewielkiej uśmiechem na ustach patrzył na mnie.
-Będę tęsknić. -Rzekłem, nieco ciszej niż normalnie. Frank chwile się zastanowił i w momencie złapał mnie za kołnierz kurtki, przyciągając do siebie i mocno wpijając się w usta. Czułem na sobie wzrok Raya i Boba, którzy już chyba przywykli do tego, ale też innych, o co nie dbałem w tamtym momencie. Oddałem jego pocałunek, łapiąc go ręką za potylicę. W końcu Frank oderwał się od moich ust, i wtulił się we mnie, mówiąc
-Masz do mnie pisać i dzwonić codziennie. Co robiłeś, co robisz, co będziesz robił, jasne? -Zapytał.
-Oczywiście.
-Do jutra, Gee?
-Do jutra. -Zostawiłem ostatni już mokry ślad pocałunku na jego czole i rozejrzałem się wokół. Wiele osób nie było zaintersowanych, a ku mojemu zdziwieniu, nikt nie rzucił wyzwiskiem i nie było kręcenia głowami. Raczej pojawiały się uśmiechy, szczególnie od pary, która siedziała na krzesłach na przeciwko. Właściwie to tylko dziewczyna się uśmiechała, a chłopak, obejmując ją, patrzył w telefon. Poklepałem ostatecznie go po plecach i wrócilismy do reszty.
-Cóż -zacząłem -czas na mnie. To do zobaczenia w marcu. -Dodałem i poniosłem torbę z podłogi, zarzucając na ramie. Chłopaki serdecznie się uśmiechnęli i rzucili czymś na zasadzie "Cześć, Gee". Zrobiłem krok w tył, spojrzałem na każdego i odwróciłem się w prawidłową stronę. Podszedłem do boksu, gdzie czekałem w niewielkiej kolejce i ostatni raz spotkałem się ze wzrokiem Franka, który odwrócił się jeszcze raz, gdy wychodził z chłopakami z lotniska. Napisałem jeszcze do brata, że powoli jestem w drodze.
Wsiadłem do samolotu bez większych problemów. Usiadłem na swoje miejsce i wyjrzałem za okno. Zamknąłem oczy i odpłynąłem na pół godziny. Gdy ponownie je otworzyłem, byliśmy już wsród chmur. Poczułem, że coś mnie ukuło w rękę, wiec się zlęknąłem, lecz po chwili zrozumiałem, że to kanciasty prezent Raya. Wyjąłem opakowanie i obróciłem w rękach. Zacząłem rozrywać i w oczach ukazało mi się część prezentu. Był on wykonany z ciemnego drewna, więc odpakowywałem dalej. W końcu całość papieru była zdjęta. Spojrzałem na ów prezent i zaświeciły mi się oczy. Ramka, zdjęcie, ja, Ray, Bob i Frank. Uśmiechnąłem się do siebie, gdy przypomniały mi się słowa Raya. Rzeczywiście Bob nie lubił robić sobie zdjęć, filmów i innych takich, dlatego nie chciał, by o tym wiedział. Zdjęcie to było wykonane na urodzinach Franka, w halloween. Nic lepszego chyba nie mógł mi dać. Patrzyłem się na prezent jeszcze przez długi czas. Wszyscy uśmiechnięci, rozbawieni. Takich chciałem ich zapamiętać. Położyłem je obok i wróciłem do beztroskiego snu.
Nie przespałem całego tego lotu, aczkolwiek większość. W końcu przypadło mi wysiadać. Mikey i mama już czekali na miejscu. Najpierw znalazłem się z ramionach matki, która wyjątkowo się zmieniła. Była taka jak kiedyś... Prawie. A Mikey? Ten sam chytry brat, którego najchętniej powitałem. Nie obeszło się bez wygłupów na lotnisku. Szturchaliśmy się i śmialiśmy jak chorzy, aż trafiliśmy do auta. Wpierw napisałem chłopakom, że spokojnie doleciałem, a potem zająłem się tłumaczeniem wszytskiego Mikey'emu, co się działo w New Jersey. Rozmawialiśmy długo, wręcz bardzo. Nawet, gdy byliśmy już u Johna. Co do niego... Też przez dobry nastrój zmieniłem podejście. Przywitałem się, nawet chwile pogadałem, bez zbędnych, ostrych wymian zdań, a i on zdawał się być w porządku. Przynajmniej na tamtą chwilę. Położyłem ramkę ze zdjęciem obok łóżka, i więcej nie zmieniła ona miejsca.
Dobra ludzie, czas kończyć to, bo już zanudzam ile się da XD Przewiduje jeszcze koło 4 rozdziałów, tak aby było ich 45. CZTERDZIEŚCI PIĘĆ. Równo trzy miesiące już to pisze i czas z tego zejść, bo mi wręcz uciekacie ;-;
Więc no. Rozdziały nie będą juz co trzy dni, jak zakładałam (ta, co trzy dni XD) tylko... Kiedy opublikuje, wtedy bedą, ale znam już zakończenie. W razie chętnych powstanie nowa książka, jeśli bedzie jakiś odzew. Nie wiem czy nie pisze gówna xD
Miłego dnia w szkole c:
